— Zapraszamy! Zapraszamy!
Młoda kobieta wita nas bezbłędną angielszczyzną i macha energicznie. Jej włosy skręcone są w dziesiątki drobnych świderków. Spiralki podskakują przy każdym ruchu głowy, błyszczą w słońcu i tańczą własnym rytmem. Wygląda to lekko i sprężyście.
Ma na sobie niebieską sukienkę na cienkich ramiączkach. Mały plecak i klapki-japonki dopełniają całości.
— Aha … czyli tak wygląda współczesna wersja Buszmenów – mruczy w myślach Kudłata z nutą nostalgii.
Buszmeni (sami nazywający siebie San) to „strażnicy pradawnych genów”, rdzenni mieszkańcy Afryki Południowej. Dziś zamieszkują tereny głównie Namibii, Botswany i RPA. Przez tysiące lat byli zbieraczami i myśliwymi nie znającymi pojęcia własności. Przetrwali dzięki niezwykle rozległej wiedzy o naturze przekazywanej z pokolenia na pokolenie żyjąc zgodnie z jej prawami. A przynajmniej tak było do niedawna …
— Czy dobrze trafiliśmy? Czy to San Living Museum? Gdzie jest recepcja? – Kudłata otwiera okno rozglądając się w poszukiwaniu – no właśnie! – klasycznej reprezentacji tego słowa. Budynku, biurka, stolika, może chociaż pieńka. Czegokolwiek, co mogłoby pełnić taką funkcję. Młody człowiek, z którym rozmawiała telefonicznie przed chwilą, poinstruował ją, że recepcja będzie właśnie tu. Chyba, że źle skręcili.
— To tutaj – właścicielka fusilli bucati wesoło tańczących wokół jej głowy wskazuje … drzewo.
Rozłożyste gałęzie zdają się otwierać ramiona w niemym powitaniu.
Kilka osób stojących nieopodal przygląda się nam równie ciekawie, jak my im. Ubrani jesteśmy podobnie: szorty, T-shirty i klapki. Różnimy się wzrostem – w Europie uchodzimy raczej za średniaków, tu zdecydowanie zawyżamy średnią – oraz kolorem skóry. Nawet dwa tygodnie pod afrykańskim słońcem nie zdołały nadać Kapitanowi, mimo jego skłonności do opalenizny, głębokiej miedzianej barwy tutejszych mieszkańców.
Do pnia przyczepiona jest kartka. A na niej lista programów.
— Opowieści i tańce przy ognisku! – Kudłata klaszcze w dłonie – To na pewno! Kapitan, proszę, proszę! I spacer po buszu! I życie w wiosce! Weźmy … wszystko!
Kapitan unosi brwi.
— To może ognisko zrobimy dzisiaj wieczorem, a resztę przeniesiemy na jutro rano? – proponuje kobieta.
Podróż z Grootfontein zajęła nam więcej niż planowaliśmy i dlatego do Tsumkwe dotarliśmy dopiero pod wieczór.
— Ósma?
Kudłata mruży oczy.
— Ósma … trzydzieści?
— Targujesz się o pół godziny? – wtrąca Kapitan.
— O chłód i dłuższą poziomkę o świcie.
Słońce o tej porze roku wstaje tu przed siódmą. To jedyne chwile prawdziwego chłodu. Jeśli namiot stanie w cieniu drzewa, poranny sen może potrwać odrobinę dłużej. Potem temperatura bezlitośnie wyrzuca człowieka z wnętrza płóciennej sauny.
— A na ognisko mamy coś przygotować? Gdzieś przyjść?
Kobieta kręci głową, a spiralki tańczą wokół jej twarzy.
— Nie, my przyjdziemy do Was.
Pole kempingowe okazuje się… miejscem pod drzewem z przypisanym numerem. Do tego suchy prysznic i sucha toaleta w pewnej odległości.
Między samochodem a tymi przejawami prymitywnej — a jednak cywilizacji — rozciągają się gęste krzaki uzbrojone w nieprzyjazne kolce. Jedynie ścieżka do toalety wygląda na często używaną.
Przez ludzi.
I nie tylko.
Teren wokół wioski nie jest ogrodzony. Wszystkie czworonogi mają pełną swobodę odwiedzin. Na razie nie potrafimy czytać śladów na piasku. Tego nauczymy się jutro. Dziś przy kolacji możemy jedynie zgadywać, kto przyjdzie do nas po zmroku.
Suchy prysznic nie oznacza survivalowej improwizacji z chusteczką higieniczną i wiarą, że „to wystarczy”. Nie jest to również egzotyczny rytuał okadzania ciała wonnym dymem niczym u kobiet z plemienia Himba. „Suchy” oznacza w tym przypadku, że… przed użyciem musimy sami napełnić go wodą.
Ot i cała tajemnica.
Gdy po kolacji zostało już tylko wspomnienie, słyszymy szepty.
Ktoś krąży wokół obozowiska.
Nie jedna osoba. Kilkoro.
I nie jest to strażnik, który przyszedł się przywitać i zapewnił, że do światu będzie czuwał w pobliżu. Tamten był ubrany w długi płaszcz sięgający niemal ziemi i grubą, wełnianą czapkę opasaną czołówką. Przybysze nie mają żadnego źródła światła. Słychać jedynie ich przyciszone głosy i kroki. Oraz cichy trzask łamanych gałęzi.
Kapitan zamiera z kubkiem w dłoni.
Kudłata przestaje wycierać talerze.
Busz oddycha wokół nas.
Po kilku minutach z ciemności wyłaniają się sylwetki. Nasi gospodarze. Niosą chrust.
Jest już zupełnie ciemno, więc bardziej ich słyszymy, niż widzimy. Patyki spadają na ziemię z suchym trzaskiem. Ktoś układa je w niewielki stożek.
Przykucają. Pocierają patyki jeden o drugi.
Iskra. Druga. Nic więcej.
Ciemność natychmiast połyka słabe błyski.
Kapitan podchodzi bliżej.
— Możemy jakoś pomóc?
Kudłata wskazuje na auto.
— Może przyda się trochę light?
Padają ciche protesty — a przynajmniej tak je interpretujemy. Krótkie odpowiedzi. Wahanie. Narada półszeptem.
W końcu jedna z postaci odrywa się od grupy i podchodzi bliżej.
— Macie może… lighter?
Kudłata parska śmiechem.
— A więc potrzebujecie light czy lighter? *)
Nawet w ciemności czujemy, że się uśmiechają.
Chwilę później magnetyczna lampka ląduje na drzwiach auta, rozlewając po polanie mleczne światło. Zapalniczka trafia do rąk szczupłego mężczyzny.
Ogień pojawia się natychmiast. Najpierw cienki płomień. Potem drugi. Suche patyki zaczynają trzaskać, a ciepłe światło ogarnia krąg ziemi wokół nas.
Dopiero teraz możemy im się przyjrzeć.
Najniższy z nich sięga Kapitanowi ledwie do ramienia. Na pierwszy rzut oka wzięliśmy go za chłopca — nie więcej niż dziesięcioletniego.
Płomienie w końcu łapią rytm. Suche gałązki trzaskają, iskry uciekają w noc, a ogień rozlewa wokół nas ciepłe, pulsujące światło.
Rozsiadamy się wokół ogniska.
Nasi gospodarze — bezpośrednio na ziemi, tak jak czynili to ich przodkowie od tysięcy lat. Nasze europejskie pośladki na kempingowych krzesełkach domykają okrąg.
Mężczyźni mają na sobie jedynie skórzane przepaski biodrowe. — szersze z przodu, z tyłu zwężające się do wąskiego pasa, niemal jak stringi. Wszystko wykonane z miękkiej, wyprawionej skóry.
Kobiety odziane są w krótkie spódniczki z tego samego materiału. Niektóre dodatkowo przez ramię mają przerzucony kawałek skóry. Przy czym nawet ten zabieg więcej odkrywa niż zasłania. Poczucie wstydu w Europie i Afryce to dwie, zupełnie różne opowieści. Tutejsze kobiety bynajmniej nie czują skrępowania, gdy ich piersi swobodnie się kołyszą.
Ich ubrania są wiązane, nie szyte. Nie przylegają do ciała tak jak współczesne tkaniny. Nam, mimo długich spodni i rękawów, jest chłodno.
Im chyba również, bo siadają bardzo blisko ogniska.
Przewodniczka prostuje się lekko i zaczyna mówić:
— W naszej kulturze wieczorne spotkania przy ognisku zawsze były czasem opowieści.
Przedstawia uczestników spotkania — naszych gospodarzy i nas. Krąg wypełniają uśmiechy i lekkie skinienia głowami.
Dwa tygodnie afrykańskiego słońca zmieniły odcień naszej skóry z bladego na bursztynowy. W naszym mniemaniu jesteśmy spektakularnie opaleni.
Jednak przy głębokiej, miedzianej barwie skóry ludzi San nadal wyglądamy jak przybysze z dalekiej północy.
— Siedząc w kręgu, tak jak dzisiaj — kontynuuje — starsi przekazywali wiedzę młodszym. Dzieli się doświadczeniem. Nie było szkół. Ogień był szkołą. To była forma edukacja kolejnych pokoleń.
Płomień strzela głośniej, jakby potwierdzał jej słowa.
— Starszyzna relacjonowała wydarzenia. Opowiadała legendy. Uczyła, jak czytać ślady, gdzie szukać wody, jak rozumieć zwierzęta i wiatr.
Ktoś dorzuca gałązkę.
— Ale to nie była tylko nauka — dodaje ciszej. — To budowało wspólnotę. Wszyscy siadali razem. Dorośli i dzieci. Słuchali tych samych historii. Śmiali się w tych samych miejscach. Bali w tych samych.
Noc wokół nas gęstnieje.
Krąg ognia staje się całym światem.
A wieczór dopiero się zaczyna.
Przewodniczka zwraca głowę ku jednemu z mężczyzn. Ten odczytuje to jako znak, by rozpocząć opowieść. Jego głos jest spokojny. Słowa krótkie. Wypowiadane z namysłem, jakby każde musiało najpierw przejść przez ogień, zanim trafi do słuchaczy.
Jest niesamowicie szczupły. Wręcz nieprawdopodobnie szczupły. Nie chudy, a szczupły właśnie.
Każda kończyna długa i wąska. Bardziej przypomina wysuszony konar niż ludzkie ciało. Skóra napięta na kościach, bez jednej fałdki, bez miękkiej krągłości. Ciało stworzone do ruchu, nie do bezruchu. Do marszu, nie do siedzenia. Do przetrwania.
— Ciekawe, czy to kwestia diety, czy DNA… — zastanawia się Kudłata.
Jej myśli odpływają w miarę jak mężczyzna maluje swoją historię.
Język, którym mówi, jest tak odmienny od wszystkiego, co kiedykolwiek słyszała, że nie sposób odgadnąć znaczenia choćby jednego słowa. To rytmiczna mieszanina kliknięć, mlasków i cmoknięć splecionych z krótkimi sylabami. Dźwięki powstają gdzieś między językiem a podniebieniem, między oddechem a ciszą.
Brzmią magicznie.
Jak rozmowa z ziemią.
Jak echo kamieni.
Jak pamięć wiatru.
Mężczyzna mówi dalej.
Jego dłonie poruszają się powoli, jakby rysowały w powietrzu kształty zwierząt, ścieżek i drzew. Cienie rzucane przez ogień wydłużają jego sylwetkę, czyniąc ją jeszcze bardziej nierealną.
Płomienie trzaskają. Noc słucha razem z nami.
Kudłata przestaje próbować zrozumieć słowa.
Zaczyna słuchać rytmu.
Brzmienia.
Oddechu opowieści.
Bo nagle staje się jasne, że sens nie mieszka w pojedynczych słowach.
Sens mieszka w dźwięku.
W ciszy między nimi.
W ogniu, który odbija się w oczach opowiadającego.
I w kręgu ludzi, którzy słuchają tak, jak słuchano tu od tysięcy lat.
— Dawno, dawno temu, gdy mężczyźni jeszcze polowali… — zaczyna tłumaczyć przewodniczka.
Mówiąc, mężczyzna gestykuluje rękoma. Przykłada je do głowy imitując rogi. Jego palce wyrastają w powietrzu jak poroże antylopy. Po chwili wskazuje wysoko ku niebu. Kudłata próbuje odgadnąć: gwiazdy? Księżyc? Słońce? Duchy przodków? A może kierunek drogi?
Za moment jego dłonie uderzają w piasek. Palce rozczapierzają się szeroko, znacząc ślady. Trop. Opowieść rysuje się w powietrzu i na ziemi jednocześnie.
Cała uwaga tłumaczki skupiona jest na mężczyźnie. Słucha go z absolutnym skupieniem, jakby każde kliknięcie i pauza były fragmentem układanki.
— Myśliwy opuszczał wioskę i szedł w busz… w dzicz — przekłada spokojnie. — Tropił zwierzynę, obserwując ślady na ziemi. Podążał za nimi godzinami. Czasem wiele kilometrów.
Mężczyzna przesuwa dłoń nisko nad piaskiem, jakby śledził niewidzialną linię.
— Jeśli danego dnia nic nie upolował — a to się zdarzało — zapalał ogień i spał przy nim.
Myśliwy splata dłonie i pochyla głowę, demonstrując sen.
— Ogień dawał bezpieczeństwo. Dzikie zwierzęta czują przed nim respekt. Omijają go. Nie podchodzą blisko.
Ktoś dorzuca patyk. Płomień strzela wyżej.
— Ale to nie był jedyny powód — dodaje ciszej tłumaczka. — Dym unoszący się nad ogniskiem był znakiem dla wioski.
Myśliwy podnosi rękę ku górze. Palce falują jak wznoszący się dym.
— Ludzie widzieli go z daleka. Wiedzieli, że żyje. Że nic mu nie zagraża. I nie drżeli o jego los.
Na chwilę zapada cisza.
Tłumaczka znów zwraca wzrok ku mężczyźnie.
On mówi dalej.
— Następnego dnia myśliwy kontynuował polowanie — tłumaczy przewodniczka. — Aż do chwili, gdy łowy kończyły się sukcesem. Wtedy rozpalał duży ogień.
Mężczyzna rozsuwa dłonie się szeroko, pokazując rozmiar płomieni.
— Ogień odstraszał drapieżniki — lwy, gepardy, lamparty — i chronił mięso. Ale był też wiadomością dla wioski.
Palce znów unoszą się ku górze. Dym.
— Ludzie wiedzieli, że upolował zwierzę. Że jest dużo jedzenia. I że potrzebuje pomocy w przeniesieniu mięsa.
Kapitan kiwa głową.
Kudłata marszczy nos.
— A jak ludzie w wiosce rozpoznawali rodzaj ognia z takiej odległości? — pyta. — Skąd wiedzieli, że jeden dym oznacza: żyję, ale nic jeszcze nie upolowałem, a inny: upolowałem kudu i potrzebuję pomocy?
Tłumaczka uśmiecha się lekko, jakby czekała na to pytanie.
Patrzy na Kudłatą, potem na ogień. Przez chwilę milczy.
Noc wokół nas gęstnieje, jakby sama chciała usłyszeć odpowiedź.
— Bywało też — zaczyna powoli — że ludzie szukali odpowiedzi w inny sposób. Wierzyli w rzeczy, których nie można zobaczyć.
— Tradycyjny lekarz, szaman, przygotowywał skórę zwierzęcia – wyjaśnia – suszył ją i wycinał w niej kręgi. Następnie rzucał ją na ogień. I rozmawiał z płomieniami.
Kudłata unosi brwi.
— Wierzono, że w ten sposób przodkowie mogą przemówić — tłumaczka mówi ciszej. — Pomagali zobaczyć to, czego nie widać. Odpowiadali na pytania. Mówili, czy dana osoba jest bezpieczna.
Kudłata unosi brwi wyżej. Nie do końca rozumie słowa tłumaczki. Zastanawia się, jak możliwe. Ostatecznie uznaje, że nie wszystko musi rozumieć.
Kolejna opowieść mężczyzny jest dłuższa. Mówiąc rysuje okrąg. Szeroko otwiera oczy. Pokazuje kroki. Udaje zaciąganie się fajką. Znowu kroki. Kołysze ramionami, jakby usypiał dziecko po czy wskazuje na drzewo. Coś szkicuje na ziemi. Bezgłośnie odsłania zęby i potrząsa głową. Udaje lwa? Znowu marsz. Na końcu jego twarz rozjaśnia błogie zadowolenie.
— Pewnego razu do wioski przyszedł mężczyzna. Nieznajomy. Wyglądał jak mieszkańcy, ale mówił innym językiem.
— Musicie wiedzieć – tu tłumaczka wtrąca – że język ludzi San należy do grupy khoesan, jednej z najstarszych rodzin językowych świata. Obejmuje ona ponad sto dialektów, często tak odmiennych, że sąsiednie wspólnoty nie rozumieją się nawzajem. Dziś posługuje się nimi już tylko około 350 tysięcy osób.
— Czyli niewiele, bo w całej Namibii mieszka nieco ponad 3 miliony ludzi — przypomina sobie Kudłata.
Tłumaczka wraca do historii:
— Mężczyzna dotarł do wioski o zmierzchu. Mieszkańcy siedzili już przy ognisku. Ponieważ jego zamiary nie były jasne, dorośli nakazali dzieciom cofnąć się w cień chat. Mężczyzna dołączył do kręgu i usiadł ze skrzyżowanymi nogami. Uśmiechnął się. Ten prosty gest natychmiast rozluźnił atmosferę.
Z tobołka wyjął niewielką drewnianą fajkę. Nabił ją tytoniem, zapalił i podał osobie siedzącej najbliżej. Ta spróbowała, z uznaniem kiwnęła głową i przekazała dalej.
To otworzyło drogę do rozmowy, choć na migi. Przybysz wyjaśnił, że pochodzi z sąsiedniej wioski. Zgubił drogę. Zobaczył ogień. Noc była już blisko, więc postanowił podejść.
Rano myśliwi analizując ślady przybysza odprowadzili go do domu. Tam się pożegnali.
Po pewnym czasie mężczyzna postanowił odwiedzić ich ponownie i przynieść w darze tytoń. Wyruszył w drogę, lecz znów noc zastała go w buszu. Zdjął z siebie skórę, związał ją w coś na kształt hamaka, wspiął się na drzewo i przymocował do gałęzi. Kołysany lekkim wiatrem zasnął. Noc była bezchmurna, księżyc świecił jasno.
Gdy spał pod drzewo podszedł lew. Na ziemi zobaczył poruszający się cień. Na przemian wydłużał się i kurczył. Zaintrygowany drapieżnik podszedł bliżej. I jeszcze bliżej.
Nagle supeł puścił.
Mężczyzna spadł z krzykiem. Zaskoczony lew odskoczył i zniknął w ciemności.
Przybysz wdrapał się z powrotem na drzewo i jeszcze raz przygotował posłanie — tym razem znacznie staranniej.
Rano dotarł do wioski i opowiedział, co go spotkało.
— Zapewne znów językiem gestów — dopowiada sobie Kudłata.
— I znów palili wspólnie fajkę — dodaje tłumaczka — I długo się śmiali…
— Ciekawe, czy każda historia ma happy end — Kudłata jeszcze nie wie jak szybko pozna odpowiedź na to pytanie.
Tym razem historia zdaje się dotyczyć dwóch osób — można to wyczytać z gestów opowiadającego. Dwie sylwetki idą jedna za drugą. Skradają się. Tropią. Potem ogień. Sen.
— Dwóch myśliwych wyruszyło razem na łowy — tłumaczy przewodniczka. — Natrafili na ślady kudu i podążyli za nimi. Wieczorem, po udanym polowaniu, rozpalili pięć ognisk: jedno, przy którym mieli spać, i cztery kolejne, by chronić zdobyte mięso.
Noc była chłodna. Mieli tylko jedną skórę — lamparta, razem z futrem. Dlatego jeden z mężczyzn położył głowę na kolanach drugiego i obaj przykryli się nią jak wspólnym kocem.
Nagle w nocy mężczyzna, który spał niżej, gwałtownie się przebudził. Otworzył oczy i – będąc jeszcze w półśnie – zobaczył cętki. Wydawało mu się, że dziki kot go atakuje, że już dotyka jego nóg. Ogarnęła go panika. Chwycił noż i …
Opowiadający wykonuje gwałtowny poziomy ruch dłonią.
Kudłata krzyczy.
— … zranił kolana towarzysza. Ten się przebudził i też zaczął krzyczeć. Z bólu.
Dopiero wtedy pierwszy z nich zrozumiał, co się stało. Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Śmiali się tak mocno, że łzy kapały im z oczu. Chcąc je przetrzeć mężczyzna wykonał ruch zapominając, że trzyma w rękach ostre narzędzie.
Kudłata zamyka oczy i zagryza zęby. Umyka jej gest opowiadającego, który przesuwa dłonią od jednej skroni do drugiej. Nie musi go jednak widzieć — wyobraźnia podsuwa obraz aż nazbyt wyraźny.
— I co było dalej? – pyta cicho.
— Rano wrócili do wioski. Ten, który miał ranne oczy, niósł tego, który miał ranne kolana. W wiosce opatrzono rany. Ten, który miał ranne kolana wyzdrowiał i znów mógł polować.
— A drugi? Odzyskał wzrok?
— Nie. Mogli jedynie uśmierzyć ból. Nic więcej nie dało się zrobić.
Kudłata wzdycha.
— Od tamtej pory, gdy wyprawiano skóry, usuwano futro – kończy tłumaczka.
Przenosi wzrok na fragment skóry, którym jest okryta. Jest gładka, naturalnie brązowa.. Trudno zgadnąć, czy wcześniej zdobiły ją cętki, czy paski.
— Teraz już wiem skąd Bracia Grimm czerpali inspiracje …
*) light – światło
lighter – zapalniczka

