H jak Himba

- Czy na podstawie stroju można poznać, czy kobieta jest zamężna? - Obecnie już nie. Trzeba zapytać - przewodnik uśmiecha się figlarnie - Ale można poznać ile mają dzieci.

– Zanim wejdziemy do wioski pozwólcie, że wyjaśnię jak jest zbudowana – przewodnik, który przedstawił się jako George, klęka przy ziemi. Chwyta blisko leżący patyk i rysuje nim na ziemi koło. Podekscytowanie, że za moment wejdziemy do środka sprawia, że serca biją nam mocniej. Ale musimy być cierpliwi i przestrzegać reguł pozwalając przewodnikowi stopniowo odsłonić przed nami świat koczowniczego plemienia Himba.
– To jest zewnętrzne ogrodzenie. Granica wioski – skomplikowana plątanina gałęzi i patyków może nie jest monumentalna, ale sprawia solidne wrażenie – Prowadzą do niej cztery bramy. Każda ma inne przeznaczenie.
Unosi na moment głowę i wskazuje wejście znajdujące się bezpośrednio za nim.
– To brama dla gości. Wszystkich odwiedzających wioskę. Kolejna brama – przesuwa patyk po narysowanym okręgu o dziewięćdziesiąt stopni – to brama wody. Niedaleko za wioską, na wzgórzu bije źródło. To miejsce skąd czerpiemy wodę.
– Kolejna brama – przesuwa patyk o kolejne dziewięćdziesiąt stopni – to brama używana podczas specjalnych ceremonii, głównie wesel i pochówków. A ostatnia brama to brama ogólna. Przy okazji prowadząca do naszego ogrodu – patykiem wskazuje kierunek za swoimi plecami.
Wewnątrz dużego koła rysuje mniejsze.
– Wewnętrzne ogrodzenie (craal) przeznaczone jest dla zwierząt. Są dla nas niezwykle cenne dlatego musimy je chronić przed tymi, którzy na nie czyhają. Głównie przed szakalami, hienami i lampartami.
Ogrodzenie dorównuje wysokością dorosłemu mężczyźnie. Być może zatrzyma hienę, albo szakala. Jednak, czy będzie przeszkodą dla lamparta, który potrafi swoją ofiarę wciągnąć na drzewo, tu Kudłata ma wątpliwości. Jednak nie śmie przerywać opowiadania.
– Pomiędzy tymi ogrodzeniami znajdują się chaty – George kolejno rysuje małe kółka wokół wioski. Jedno kółko jest minimalnie większe od pozostałych – To chata wodza (chief) i pierwszej damy (first lady).
– Pierwszej damy? – Kudłatej wydaje się, że się przesłyszała.
– Tak, pierwszej żony wodza. W naszej kulturze mężczyzna może mieć wiele żon. O ile go na to oczywiście stać – szybko dodaje z uśmiechem.
– Między chatą wodzą a craalem płonie święty ogień. Ogień, który wiecznie płonie. Przy świętym ogniu mają miejsce wszystkie ważne ceremonie. Śluby i pogrzeby. A także ubój zwierząt. Obcy nie mogą przekraczać linii między świętym ogniem a chatą bez zgody mieszkańców.
– Zapraszam do środka.
Ostrożnie przekraczamy granicę wioski rozglądając się. Dwójka małych, całkowicie nagich dzieci przystaje i przygląda nam się równie ciekawie, co my im. Za nimi stoi dziewczynka oparta o drzewo. Ma nieprawdopodobnie długie nogi, a szczupła figura przywodzi na myśl gałązkę. Jej ciało nie zdecydowało się jeszcze przybrać żadnych krągłości. Głowę pochyla nisko zerkając zza dwóch warkoczyków skierowanych wprzód. Szyja ozdobiona jest kilkoma naszyjnikami. Na biodrach fantazyjna spódniczką z brązowej skóry. Krótsza z przodu, dłuższa z tyłu. Ekstremalnie wąska talia dodatkowo podkreślona jasnym paskiem z wzorkami.

Podchodzimy do pierwszej chaty. Żółta, lekko spękana lepianka ma kulisty i jednocześnie stożkowaty kształt. Prowadzi do niej zaokrąglone wejście przedłużone krótkim korytarzem. Korytarz jest węższy niż samo wejście. Odpowiada mniej więcej szerokości ramion dorosłego człowieka. Widok do środka zasłaniają metalowe drzwi.
– Tradycyjnie stawiając chatę wykorzystuje się drzewa mopane – tu George sięga dłonią i zrywa z pobliskiego drzewa liść. Jego dwa połączone płatki przypominają kształtem motyla – Mając gotowy szkielet można zająć się tynkowaniem. Z pewnością widzieliście w okolicy termity i ich termitiery.
Kudłata przypomina sobie falistyczne kształty mijane przy drodze. Szeroka podstawa, stopniowo zwężające się ku górze, czasem proste, czasem figlarnie zgięte. Stały samotnie, albo okalały pienie drzew. Niektóre miały nawet trzy metry wysokości. Początkowo założyła, że to „dzieła sztuki” ulepione z mokrej gliny, taki ekwiwalent bałwana. Myśl, że zostały stworzone przez kuzynów mrówek nadeszła dopiero, gdy przestała się rumienić …
– Himba wykorzystują budulec, z którego termity tworzą swoje kopce łącząc je z wyschniętym krowim łajnem i wodą. Tak przygotowaną mieszanką oblepiają całą chatę.
Kudłata bez zastanowienia przykłada nos do chaty zaciągając się. Najpierw delikatnie, potem mocniej.
– W ogóle nie śmierdzi – zauważa z zaskoczeniem.
George odpowiada śmiechem:
– To prawda.
– A te spękania nie przeszkadzają?
– Nie są pożądane. Mogą przez nie wejść insekty, skorpiony a nawet węże. Chaty służą przede wszystkim do spania, więc wszelkie otwory należy na bieżąco zalepiać. Albo wieczorem można dodatkowo w środku zapalić ognisko aby dymem przegonić niechcianych gości.
– Jak to ognisko? Przecież chatka nie ma ani komina ani nawet okna!
– Tylko małe ognisko – uspokaja przewodnik i znowu się śmieje. Nasze uwagi i zaskoczenie traktuje jak żarty.
– Czasem dach chaty dodatkowo pokrywa się słomą. Dzięki temu w upalne dni – takie jak dziś – w środku jest chłodniej. Wówczas wokół chaty trzeba dodatkowo zbudować płot. Bez niego zwierzęta będą skubać zźbła i zniszczą dach.

W cieniu drzewa siedzą trzy kobiety. Jedna w ramionach trzyma małe dziecko. Włosy zebrane w wąskie kosmyki pokryte są pomarańczową gliną. Na końcówkach puszyste, czarne pędzelki. Całość wygląda jak zdobna korona.
Huenda! – witamy się kłaniając lekko. Słońce rozpoczęło już podróż w kierunku zachodnim, więc „dobry wieczór” jest jak najbardziej na miejscu. Rano powiedzielibyśmy „Moro„, a po południu „Mebaha„.
Odpowiadają nam tym samym słowem powtórzonym wielokrotnie.
– Czy na podstawie stroju można poznać, czy kobieta jest zamężna?
– Obecnie już nie. Trzeba zapytać – przewodnik uśmiecha się figlarnie – Ale można poznać ile mają dzieci.
Kudłata lustruje sylwetki kobiet w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby oznaczać cyfry. Po chwili poddaje się i patrzy wyczekująco na George’a.
– Widzicie bransoletki na nogach? – metalowe kółka w kilkunastu równych rządkach okalają zgrabne łydki. Węższe przy kostce, stopniowo rozszerzają się ku górze. Skórzany, pionowy pasek łączy pierwszy rząd kółek z ostatnim.
– Jeden pasek oznacza, że kobieta ma zero, jedno, albo dwójkę dzieci.
– Aha, czyli to taka nieoczywista informacja, raczej forma zagadki?
– Niejako tak. Dwa paski oznaczają, że ma trójkę lub więcej dzieci – kończy George naciągając czapkę mocniej na czoło. Jest już po szesnastej. Słońce rozpoczęło już podróż ku zachodowi. Drzewa zapewniają więcej cienia. Jednak promienie nadal oślepiają.
– A co można wydedukować z fryzury? – Kudłata pragnie zweryfikować informacje zebrane w wiosce, w której byli dzień wcześniej.
– Małe dzieci noszą krótkie włosy. Nawet bardzo krótkie. Mniej więcej w wieku lat siedmiu zaczynają je zapuszczać i zaplatać warkoczyki. Dziewczęta kierują je do przodu, a chłopcy do tyłu. Gdy dziewczynka dostaje pierwszy okres, oznacza to, że stała się już kobietą. Ma to swoje odwzorowanie również we fryzurze. To jest moment w którym warkoczyki zastępowane są fryzurą, którą widzicie u tych kobiet.
– Jej przygotowanie wygląda na bardzo pracochłonną. Jak dużo czasu potrzeba by uzyskać taki efekt?
George potrzebuje konsultacji z mieszkanką wioski by odpowiedzieć na to pytanie. Wymiana zdań chwilę trwa.
– Około 2-3 dni.
Liczba kosmyków zdecydowanie przekracza kilkadziesiąt. A każdy wymaga doczepienia czarnego pędzelka i uformowania pomarańczowej glinki.
– A jak często trzeba zabieg powtarzać?
– Średnio co 3-4 tygodnie.
Trzeba poświęcić sporo czasu by być piękną i zadbaną.
⁠- A wydawałoby się, że farbowanie siwych włosów długo trwa – myśl przebiega przez kudłatą głowę.


Idąc dalej mija nas kobieta, która właśnie wyszła z chaty. Georga wita się z nią. Wymieniają kilka zdań kląskając. Na jej naszyjnikach trudno szukać barw. Praktycznie zlewają się z kolorem jej skóry.
– Te naszyjniki oznaczają żałobę – tłumaczy przewodnik – będzie je nosiła przez cały okres jej trwania. Po jej zakończeniu wrócą kolory.
– A ile trwa żałoba?
– To zależy od osoby i czasu, który potrzebuje. Czasem rok. Czasem dwa. A zdarza się, że i trzy. Na zakończenie żałoby urządza się specjalną ceremonię, podczas której wspomina się zmarłego, a potem odwiedza się jego grób.
– Czyli ciała zmarłych chowa się w ziemi? Na cmentarzu?
– Tak. Przy czym każda rodzina na swój. Nie ma wspólnego cmentarza dla wszystkich. Zmarłych jednej rodziny chowa się zawsze obok siebie.
– A gdyby jakiś chłonek rodziny wyjechał i tam umarł?
– To trzeba jego ciało przetransportować tam, gdzie są jego przodkowie.
– Nawet jakby wyjechał naprawdę daleko?
– Nawet jakby wyjechał do Europy.
Nam się wydaje, że Afryka jest daleko. A tymczasem dla innych końcem świata może się wydawać Europa.

Pod kolejnym drzewem stanowisko ma lokalny rzemieślnik i kowal jednocześnie. Mężczyzna tnie zwykły metalowy drut na bardzo krótkie kawałki. Każdemu kawałkowi za pomocą dwóch kamieni nadaje kształt względnego kółka. Następnie nadziewa go na ostro zakończony kij i długo poleruje. Postępuje tak z każdym kółkiem. Mając ich odpowiednio dużo kolejna kobieta będzie mogła nosić bransoletki-zagadki.



Dalej mężczyzna rozpalił ognisko. Siedzi na drewnianym stołku. Biodra przepasane kozią skórą. Na głowie czapka. Na szyi szeroki naszyjnik. Również wykonana z koźlęcej skóry. W jednej dłoni trzyma kawałek drewna, któremu wcześniej nadał formę antylopy. Drugą ręką trzyma kawałek metalu, który na przemian wkłada do ogniska i przykłada do figurki przypalając ją. Obserwując jego nieśpieszne ruchy widzimy jak powstaje oryks. Przed nim stoi kilka gotowych figurek.
– Jego ojciec nauczył go jak radzić sobie z drewnem. Jak zrobić pojemnik na mleko, albo misę. On rozwinął tę sztukę i teraz robi też inne rzeczy.

Nieopodal siedzą trzy kobiety.
– Kiedy mężczyźni pracują, kobiety też mają swoje zajęcia.
Pierwsza z kobiet jedną nogę ma wyprostowaną. O duży palec od nogi zaczepiony jest nitka. A przynajmniej tak się Kudłatej wydaje.
– Ta kobieta zaplata sznurek. Wykorzystuje w tym celu opakowanie po mące.
W lokalnych sklepach sypkie produkty typu ryż, brązowy cukier, mąka kukurydziana, nie są sprzedawane w plastikowych workach, ale w opakowaniach wykonanych z plecionej tkaniny. Kobieta najpierw uwalnia z tkaniny każdą nitkę, potem łączy kilka z nich i roluje tworząc sznurek.
Druga z kobiet trzyma w dłoniach mokrą skórę kozy. Jedną ręką przytrzymuje brzeg skóry, a drugą go naciąga. Powtarza ten ruch wielokrotnie i cierpliwie. Dzięki tym wysiłkom powoli powstaje falbanka. Taka sama jaką dziewczynki noszą osłaniając (a może raczej ozdabiając) pośladki.
– Po wypatroszeniu zwierzęcia skórę trzeba kilka dni moczyć w wodzie, żeby zmiękła. Wówczas łatwiej nadać jej pożądany kształt.
Trzecia z kobiet karmi piersią bobasa. Odsunęła zdobiący je łańcuszek i czule kołysze malucha, gdy ten łapczywie ssie mleko. Do pracujących kobiet co jakiś czas podchodzą dzieci, odsuwają łokieć, albo inną przeszkodę, usiłując dostać się do cycka na kilka łyków i po chwili odchodzą. Zupełnie im nie przeszkadza wszechobecny kurz i pył, którym mama jest całkowicie pokryta.

– A tu mamy wspólną kuchnię – gestem George wskazuje drewnianą wiatę. Cztery gałęzie i daszek, na którym jest spichlerz – właśnie trwa przygotowywanie posiłku.
W cieniu wiaty pierwsza z kobiet klęczy na kolanach przed dużym, płaskim kamieniem. Obok kamienia leży pleciony koszyk, a w nim ziarna kukurydzy. Część z nich jest żółta, a część brązowo-czerwona. Bierze garść kukurydzy i mniejszym kamieniem rozbija ją na mniejsze kawałki. Druga z kobieta bierze wstępnie rozdrobnioną kukurydzę i – również kamieniem o kamień – trze ją na mąkę. W miarę jak dzięki jej wysiłkom mąka gromadzi się na kamieniu, zsypuje go do kolejnego koszyka.
– To będzie papie – mieliście już okazję spróbować? Jeszcze nie? To jedno z tradycyjnych dań w Namibii. Mąkę kukurydzianą miesza się z gorącą wodą i szczyptą soli, aż zgęstnieje. Można to potem podać z mlekiem, kozim albo krowim, albo z mięsem.
– I ta jedna miska mąki starczy by dla wszystkich przygotować kolację? – Kudłata jest autentycznie zaskoczona.
– Tak – przewodnik jest zaskoczony bardziej.

Dochodzimy do chaty wodza. Ta chata jest wyraźnie większa od pozostałych. I również ma dodatkowe ogrodzenie i dach ze słomy. W jej pobliżu leży hałda ziemi. Jedna kobieta rozrabia ją rękoma z wodą, a druga od razu aplikuje przygotowaną mieszankę na ścianę nieopodal wejścia. Świeżo nałożona warstwa wyróżnia się zdecydowanie ciemniejszą barwą.
– Czy któraś z nich to pierwsza dama? – dopytuje Kudłata.
– Nie – śmieje się George – pierwszą damę spotkaliście wcześniej. Pod tamtym drzewem – wskazuje kierunek dłonią.
– Jak wejdziemy do środka to kobiety pokażą Wam jak dbają o higienę.
– A nie przekroczymy linii świętego ognia? – Kudłata przypomina sobie ostrzeżenie.
– Ono już Was nie obowiązuje, bo już przywitaliście się z mieszkańcami wioski. A za chwilę wejdziecie do chaty wodza.
Każdej napotkanej osobie dziękowaliśmy za możliwość spotkania i pokazywaliśmy zrobione zdjęcia powodując prawdziwe salwy śmiechu. Śmieszyły ich ich własne miny, oczy zmrużone od słońca albo zmarszczony nos podobnie jak nasze próby, gdy usiłowaliśmy mówić – a raczej powtarzać słowa – w ich języku. Jedno słowo, jak wszędzie na świecie, miało magiczną moc. „Okuhepa” – czyli „dziękuję”. Było wyrażeniem wdzięczności podsumowującym kilka wspólnie spędzonych chwil i nadzieją na powtórkę w przyszłości.
– Tylko uważajcie na głowy przy wejściu.

W środku panuje półmrok. Jedynym źródłem światła są drzwi. Jest zaskakująco chłodno. Duża skóra krowy jest przygotowana byśmy na niej usiedli.
Młoda dziewczyna ściera czerwony kamień na proszek. To ochra. W pojemniku obok ma już przygotowaną mieszankę ochry z jakąś pastę. Gotowe mazidło dokładnie wciera sobie w skórę. Kolejno na nogi, na brzuch, piersi, dekolt i twarz. Jej skóra natychmiast nabiera bardziej intensywnego rudego odcienia. Podobnie naszyjniki i bransoletki, które ma na sobie.
– Kobiety jak wiecie nakładają ochrę by chronić skórę przed ostrym słońcem.
– A mężczyźni? Jakie stosują metody?
– Też ochrę. Ale w mniejszej ilości.

Druga z kobiet rozgniata na kamieniu kawałki jakiegoś drewna i suszone zioła. Po chwili dodaje do nich żar przyniesiony z ogniska. Całość zaczyna się intensywnie dymić. Przyjemny zapach wypełnia całą chatę.
– Dwa razy dziennie, rano i wieczorem, kobiety okadzają się dymem by ładnie pachnieć.
Dymiący kamień przekazywany jest kolejno między kobietami. Pozwalają mu wsiąknąć przede wszystkim w podbródek i pod pachami. Ostrożnie przy tej czynności przytrzymują włosy.
Kapitan nachyla się do ucha Kudłatej:
– Po tym zabiegu rozpatruję dzisiaj brak prysznica.
Odpowiada mu karcące spojrzenie.

W trakcie wizyty mieszkańcy nam też zadają pytania.
Najczęściej chcą wiedzieć skąd jesteśmy.
Ile mamy dzieci i dlaczego nie ma ich z nami.
Jak duży jest samolot, którym przylecieliśmy.
Ile osób może pomieścić.
Jak długo leci.
A skoro tak długo, to czy są w nim łazienki oraz czy jest w nim jedzenie.

– Na koniec mieszkańcy chcieliby dla Was zatańczyć, żeby Wasze serca były szczęśliwe.
Kobiety i mężczyźni stają w półkolu w cieniu drzew. Kobiety po jednej stronie, mężczyźni po drugiej. Jedna z kobiet ma bobasa przywiązanego kawałkiem skóry do pleców. Kilkoro dzieci z wioski rownież podchodzi, ale niezbyt blisko.
Kobiety zaczynają nucić jakąś piosenkę i klaskać. Początkowo cicho, potem coraz głośniej. W miarę jak intensywność śpiewu wzrasta, wzrasta też szybkość klaskania. Coraz mocniej, coraz głośniej. Przy klaskaniu tupią i pochylają ciała do przodu.
Jeden z mężczyzn decyduje się oderwać z półkola. Tupiąc wchodzi do środka. Jego sandały uderzające o ziemię unoszą masę kurzu. Macha rękoma tworząc nimi okręgi. Po chwili tym samym tanecznym krokiem wraca na poprzednie miejsce, a miejsce w środku zajmuje jedna z kobiet. Też rytmicznie uderza stopami o ziemię kręcąc się wokół swojej osi.
Śpiew narasta. Tańczący podrygują. Coraz więcej osób decyduje się wejść do kręgu. Pozostali zachęcają tych, co jeszcze nie podjęli tej decyzji klaszcząc coraz mocniej i mocniej.
Po chwili zapada cisza. Oddechy są przyspieszone. Skóra błyszczy od potu.

Wracamy na kemping. George odprowadza nas do auta. Idealna okazja na dodatkowe pytania.
– Czy Himba chodzą do szkoły?
Kudłata wspomina dwie dziewczynki mijane przy drodze. Zachowywały się jak dwie kumpelki. Jedna w tradycyjnej spódniczce Himba z warkoczykami. Druga w tshircie i krótkiej spódniczce. Skóra jednej była ciemniejsza, drugiej jaśniejsza. Obie bose. Obie uśmiechnięte. Obie pogrążone w rozmowie ze sobą.
– Chodzą.
– Wszystkie?
– Nie, nie wszystkie. Któreś musi zostać i opiekować się stadem zwierząt podczas wypasu.
– I wówczas się zmieniają.
– Nie. Te, które chodzą do szkoły, nie wypasają bydła.
Nasz przewodnik też należy do plemienia Himba. Choć nie nosi tradycyjnego stroju, a zwykłe granatowe spodnie i Tshirt w tym samym kolorze.
– A Ty masz rodzeństwo?
– Tak, samych braci.
– A oni poszli do szkoły?
– Tak. Wszyscy.
– I co teraz robią?
– Jeden pracuje w Windhoek, a drugi jest policjantem. Pozostali jeszcze się uczą. Jeden będzie nauczycielem – duma w jego głosie jest doskonale słyszalna.
– I wróci uczyć do Waszej wioski?
– Może …
– A czy ktoś z Himba może poślubić kogoś z innego plemienia?
– Może i tak się czasem dzieje.
– A jak młodzi ludzie się poznają? Gdzie mogą spotkać swoje przyszłe połowy?
– Różnie. Najczęściej mężczyźni wybierają się do pobliskich wiosek, pukają do domów i szukają dziewcząt.
– I już? Jedna rozmowa decyduje o przyszłości?
– Tak się zdarza.
– No dobrze, a jeśli potem się okaże, że ta rozmowa nie była wystarczająca i parze się nie układa. Czy mogą się rozwieść?
– Mogą.
– A gdyby w międzyczasie pojawiły się dzieci, to co wówczas?
– Zamieszkają albo z mamą, albo z tatą.
– A Himba może ponownie wyjść za mąż albo się ożenić?
– Oczywiście.
Z tej perspektywy wszystkie problemy wydają się być takie proste. Nie wiadomo tylko, czy odpowiedzi to całkowita prawda. Czy prawda, ale jedynie częściowa.
– George to twoje prawdziwe imię?
– Nie, to imię ze szkoły. Imię ze świętego ognia to Raurovandu co znaczy „Nikt nie może zmienić świata„.
– Imię ze świętego ognia?
– Gdy rodzi się dziecko, nie dostaje imienia od razu. Dopiero po 3-4 miesiącach przedstawia się je przodkom przy świętym ogniu. Rozmawia z nimi wódz. Opowiada o dziecku. I to przodkowie nadają im imię. Czasem to jest dosłowne imię, np. „gruba kobieta”, a czasem nie.
– A o czym jeszcze decydują przodkowie?
– Codziennie wieczorem wódz siada przy świętym ogniu i opowiada co wydarzyło się w wiosce. Co jest potrzebne. I prosi ich o spełnienie próśb.
– Czyli to taki rodzaj modlitwy?
– Tak.
– I wszyscy mogą się w ten sposób modlić?
– Nie. Reszta w tym czasie siedzi dookoła i słucha. Tylko wódz może z nimi rozmawiać. Wierzymy w boga, ale rozmawiamy wyłącznie przez przodków. Nigdy bezpośrednio.

Comments (5):

  1. Jolanta

    23 stycznia 2026 at 18:58

    Bardzo ciekawy opis z Waszej wizyty w wiosce , proszę o więcej.

    Odpowiedz
  2. Tat

    24 stycznia 2026 at 00:50

    Super tekst. Ile szczegółów! Tak jak bym tam był!

    Odpowiedz
  3. Katarzyna

    25 stycznia 2026 at 21:47

    Afryka to emocje, stan bycia, stan umysłu… Puls życia, przyrody i … przygody

    Odpowiedz
    • swiatkudlatej

      14 lutego 2026 at 11:35

      Tak! Afryka jest niesamowita! Oryginalna. Niepowtarzalna. Jedyna w swoim rodzaju!

      Odpowiedz
  4. Jol

    13 lutego 2026 at 20:17

    Czytając Twoj opis przeniosłam się do zupełnie innego świata . Tam gdzie życie płynie wolniej i w rytmie słońca a tradycja jest ich fundamentem życia . Niesamowite ,jak proste życie potrafi być piękne . Uchwyciłeś piękno i autentyczność tego miejsca

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.