S jak Safari

Jednym śladem będącym dowodem na obecność człowieka na terenie parku są wgłębienia pozostawione po kołach jeepów. Pomarańczowe, podwójne wstążki wiją się miękkimi łukami wzdłuż i w poprzek zielono-żółtych połaci trawy. Omijając rzadko rosnące drzewa wspinają się na wydmy. Tam koleiny są głębsze brutalnie wyżłobione przez gruby bieżnik terenowych opon.

Safari. To podróż. Przygoda. Odkrywanie. Głównie przyrody. Czasem eksplorowanie terenu na własną rękę. Czasem z przewodnikiem. Opcji samodzielnej towarzyszy ekscytacja każdorazowo, gdy zza zakrętu niespodziewanie wyłoni się żyrafa. Albo słoń, czy stado zebr. Opcja z przewodnikiem skraca czas poszukiwań. Pozwala na przemian chłonąć krajobrazy i zachwycać napotkanymi zwierzętami nie zastanawiając się przy kolejnym skrzyżowaniu, którą drogę wybrać. Wystarczy pozwolić się prowadzić. Ufać, że wybrana ścieżka jest dla nas idealna.

– Gdzie możemy usiąść?
Zielony samochód jest przeznaczony dla dziewięciu pasażerów. Trzy rzędy z trzema wygodnymi siedzenia w każdym. Przed kierowcą niska szybka. Żadnych drzwi. Żadnych okien. Tylko daszek nad całością.
– Gdzie chcecie. Byle nie na miejscu dla kierowcy. Ono jest zarezerwowane. Dla mnie – śmieje się przewodnik. Ma na sobie beżowe spodenki i białą koszulkę mocno kontrastującą z ciemną opalenizną.
– Zanim ruszymy kilka zasad związanych z bezpieczeństwem.
Patrzymy wyczekująco.
– Podczas całej drogi nikt nie wysiada z auta.
Kiwamy potwierdzająco głowami.
– Podjeżdżając pod wydmę będę ostrzegał. Proszę wówczas mocno schwycić się oparcia przed wami. W pobliżu drzew i krzewów zachowajcie ostrożność. One mają naprawdę ostre kolce. Dlatego nie wychylajcie się. Nie chcemy by ktoś wrócił podrapany.
Instynktownie kulimy się lekko w sobie.
– Komórki i inne przedmioty proponuję włożyć do kieszeni znajdującej się na oparciu siedzenia przed Wami. Dodatkowo dedykowany uchwyt przeznaczony jest na butelkę z wodą. Tam będą bezpieczne na podskokach.
To mówiąc wręcza każdemu z uczestników butelkę lodowato zimnej wody.
– Aparaty w pogotowiu. Nie wiadomo co zobaczymy dzisiaj …

Jednym śladem będącym dowodem na obecność człowieka na terenie parku są wgłębienia pozostawione po kołach jeepów. Pomarańczowe, podwójne wstążki wiją się miękkimi łukami wzdłuż i w poprzek zielono-żółtych połaci trawy. Omijając rzadko rosnące drzewa wspinają się na wydmy. Tam koleiny są głębsze brutalnie wyżłobione przez gruby bieżnik terenowych opon.

– To jajo strusia – przewodnik zatrzymuje auto, i opuszcza je by podnieść ogromną skorupę i podać pierwszej z pasażerek. Najwidoczniej pierwsza zasada nie dotyczy jego osoby. Jajo wędruje z rąk do rąk u każdego budząc zaskoczenie swoją temperaturą. Jest nieprawdopodobnie gorące. Niemal parzy!
– Bez obaw – widząc nasze zmartwione miny – to nie jest porzucony pisklak. Zdarza się, że struś biegnąc po prostu zrzuca jajo. To jego sposób na … odstresowanie.

Po chwili samochód zatrzymuje się ponownie w pobliżu rozłożystego drzewem. Świergot wydobywający się z kilkudziesięciu małych gardełek słyszymy jeszcze długo przedtem zanim kierowca wyłączy silnik. Olbrzymie gniazda otulają grube konary.
– To weiver birds (polska nazwa: wikłacze) Ptaki, które żyją w koloniach i są wiecznie zajęte. Rano polują. Gdy zaspokoją głód zaczynają zbierać źdźbła trawy i budują. Gdy skończą jedno gniazdo, budują kolejne. I kolejne. To ich nieustanna obsesja. Żyją wg zasady, że im więcej, tym lepiej. Nawet inne ptaki – pod warunkiem, że nie są drapieżnikami – mogą tu zamieszkać. Takie ptasie Airbnb – pierwszy śmieje się z własnego dowcipu.
– Czasem gniazdo jest tak duże i ciężkie, że gałąź pod wpływem dodatkowego ciężaru łamie się, cała konstrukcja spada i prace architektoniczne trzeba zacząć się od początku.
Mali mieszkańcy wlatują i wylatują ze swoich posesji. Kilka przysiadło i obserwuje nas przekrzywiając szare łebki.
– Nietypowa konstrukcja gniazda, tj. wejście od dołu, zwiększa ich bezpieczeństwo. Drapieżnikom trudniej jest się do nich dostać.
– A kto na nie poluje?
– Na przykład kobra. Zwykle jej się to nie udaje. Ale wystarczy, że znajdzie sposób by dostać się do jednego z tych mini apartamentów, a zostaje na takim drzewie na wiele miesięcy z uwagi na dużą ilość łatwego pożywienia.
Kudłata zamyka na moment oczy przypominając sobie wszystkie sytuacje, w których stała z aparatem uniesionym w górę usiłując uchwycić możliwie idealny kadr podobnego gniazda.
– Dzisiaj ptaki są spokojne, więc żadnego węża nie ma w pobliżu. Ale uważajcie. Pod drzewami takie jak to lepiej nie szukajcie cienia. Wąż może kryć się na ziemi. Albo wisieć na gałęzi i zaatakować Was z góry.
– Wygląda jak połączenie strzechy i siodła – Kapitan mruczy Kudłatej na ucho.
– Masz rację! Słomiane siodło przerzucone przez gałąź. W wersji XXL.
Górna część ogromnego gniazda ma nieco szary odcienia. To musi być starsza część. Od spodu misterna konstrukcja jest sporo młodsza, bo nadal ma barwę spalonej słońcem trawy.
Wikłacze uwijają się rozbudowując swój apartamentowiec. Nowo przyniesione źdźbło należy wetknąć wzmacniając istniejącą ściankę. I można lecieć po nowy budulec.
– A mi przypomina kataifi *). Ogromne, słodkie kataifi … tylko bez cukrowego syropu. Albo ten makaron z Filipin pieczony na chrupko!! Jak on się nazywał, pamiętasz?
– Pancit canton?
– Właśnie! Pan-cit can-ton! – przesadnie rozszerza usta w uśmiechu się by nadać wypowiadanym sylabom azjatycki akcent.
– Ktoś tu chyba jest głodny …
Głodny – tak. Chyba – nie.



– A to jest zwierzęcy cmentarz – wyjaśnia kierowca i milknie. Gasi silnik i pozwala nam w ciszy oswoić się z otaczającym nas widokiem. Czaszka oryksa z charakterystycznymi długimi, ciemnymi rogami leży na boku. Pusty oczodół patrzy tępo w dal. Obok czaszka żyrafy i fragmenty jej skóry. Pojedyczne kości porozrzucane na przestrzeni kilku metrów kwadratowych. Obok nich przechadza się jakiś padlinożerca.
Kapitan przykłada do oczu lornetkę.
– Co za niepokojąca i odrażająco brzydka istota! – wyrywa mu się bezwiednie, gdy w powiększeniu ukazuje się marabut. Ogromne ptaszysko rzez moment stoi nieruchome i czujne. Wysokie, ciężkie, z łysą głową i masywnym, haczykowatym dziobem. Pod szyją obwisły worek skórny. Upierzenie jest przygaszone, jakby posypane pyłem sawanny. Nagle skręca głowę, a Kapitan gwałtownie odrywa lornetkę od oczu.
– Miałem wrażenie jakby spojrzał na mnie z bliska! – mimowolnie krzyczy Kudłatej do ucha.
– Sporo marabutów żyje na stałe tu niedaleko, w parku Hardap. Gdy zlokalizują świeżą padlinę, informują się nawzajem. Jeden ptak zatacza krąg niżej niż zwykle, inny to dostrzega, kolejny dopisuje do tego gestu własny cień. Tak wieść o padlinie wędruje bez słów. W podobny sposób my odkrywamy, że jakieś zwierzę umarło. Obserwując niebo – wyjaśnia przewodnik.
– Często można tu również spotkać żyrafy. Aż jestem zaskoczony, że ich tu dzisiaj nie ma. Zwykle jest ich co najmniej kilka.
– Żyrafy? Tutaj?!
– Tak, żują stare, zwietrzałe kości padliny, aby uzupełnić niedobory wapnia i fosforu.
Nasze auto odjeżdża. Marabut nie porusza się ani o krok. Stoi tam, gdzie stał — posępny strażnik resztek, cierpliwy jak czas. Patrzy za nami bez pośpiechu, jakby wiedział, że ludzie zawsze odjeżdżają, a to, co martwe, prędzej czy później zostaje. Gdy znikamy za zakrętem, ptak wciąż trwa na swoim posterunku jak przypomnienie, że sawanna nie zna pośpiechu.


Za wydmą pasą się gnu. Młode harcują bez powodu — ruszają nagle, zatrzymują się w pół kroku, kopią piasek i wpadają na siebie, jakby testowały własne ciała i świeżo odkrytą nadmiarową energię. Starsze stoją spokojniej, z głowami nisko przy ziemi; ich grzywy powiewają leniwie na wietrze, ciężkie od doświadczenia i kurzu. Czasem któreś uniesie pysk, spojrzy czujnie w dal, po czym wraca do żucia. Ruch młodości i spokój dorosłych tworzą tu stały, niemal rytmiczny kontrast.
– To młode z matkami. Samce trzymają się osobno. Potrafią tworzyć ogromne stada znane z corocznej wielkiem migracji. Z pewnością o niej słyszeliście.
Odpowiadamy kiwnięciem głowy.
– To gnu niebieskie. Mamy jeszcze gnu czarne, czy raczej brunatne. Ale te drugie są zdecydowanie bardziej płochliwe. Nie pozwalają do siebie tak blisko podjechać. Nawet zimą, gdy je dokarmiamy. Podchodzą do pozostawionego pożywienia dopiero, gdy samochód jest już daleko.
Jeden z malców odłącza się od reszty harcujących młodych i powoli podchodzi do matki. Jest malutki, niemal kruchy, z krótkim, miękkim futerkiem w ciepłym, rudawym odcieniu, który zupełnie nie przypomina przytłumionych, szaro-brunatnych tonów dorosłego gnu. Jego nogi wydają się zbyt długie w stosunku do ciała, a głowa nieproporcjonalnie wielka. Matka cierpliwie opuszcza łeb, pozwalając młodemu przybliżyć się do jej boku. Maluch przysysa się by po chwili wrócić do zabawy.

Jedna z antylop ma duży fałd skórny na podgardlu. Jest wyraźnie większa od koleżanek.
– Ach, to Olivier. Antylopa elend. Kiedyś się przyłączył do ich stada i tak już zostało. Od wielu lat wędrują wspólnie. Mamy też zebrę, która myśli, że jest osłem, bo wychowała się razem z nimi.

Nasze auto wgryza się oponami w piasek wydmy. Silnik stęka wspinając się po zboczu. Po drugiej stronie pasą się skoczki antylopie. Ich futerko lśni w słońcu jak aksamit — krótkie, gładkie, w ciepłych rudawych i beżowych odcieniach. Głowy powoli pochylone przy ziemi, żują wyschniętą trawę w spokojnym rytmie. Podrywają się do biegu w odpowiedzi na nasze nagłe pojawienie się. Wyskakują wysoko w powietrze unosząc jednocześnie wszystkie cztery nogi nad ziemią.
– W ogóle nie zginają nóg – Kudłata otwiera usta w zachwycie.
– Popisuje się – komentuje przewodnik.

– Teraz skręcimy do rodziny strusi. Mają w tej chwili młode. Sprawdzimy czy u nich wszystko w porządku. Ostatnio, jak je widziałem, miały ósemkę potomstwa.
Znajdujemy je po kilku minutach kluczenia wśród wysokich traw. Młode są jeszcze naprawdę małe. Nie sięgają rodzicom nawet do kolan. Posłusznie biegną w rządku śladami taty. Mama zerka gniewnie w kierunku naszego pojazdu rozkładając szeroko skrzydła. Potężnie umięśnione łapy budzą respekt. Podobno jednym kopnięciem potrafią zabić lwa!
– Raz … dwa … – liczymy kolejno puchate pisklaki – … siedem! Jednego nie ma – kończymy smętnie.
– Samica składa kilkadziesiąt jaj. Ale nie każde pisklę ma szansę stać się dorosłymi osobnikami.
– A biegają tutaj jakieś drapieżniki?
– Tylko drapieżne ptaki.
Jednego z nich widzimy niedługo potem. Stoi na skraju wydmy i uważnie obserwuje dolinę. Nagle pochyla się delikatnie do przodu i zadziera ogon. Kudłata włącza w aparacie niezawodny tryb ai servo licząc, że za chwilę ptak wzbije się do lotu i wówczas „inteligentne” algorytmy przewidzą w którym momencie i w którym miejscu zdjęcia ustawić focus. Palec może nie zdążyć, a szkoda byłoby stracić taką okazję. Jest naprawdę blisko. Wystarczająco blisko by uzyskać jakość w stylu National Geographic. Kudłata czeka w napięciu trzymając palec na spuście migawki. Jeszcze chwila. Drapieżnik lekko rozsuwa skrzydła i …
– No nie wierzę! On … sika!

Chwilę póżniej wracamy w pobliże recepcji.
– Czy ktoś chciałby odwiedzić łazienkę?
Przejażdżka piaszczystymi ścieżkami pośród wydm trwała blisko dwie godziny. W tym czasie każdy z uczestników przelał całą wilgoć z otrzymanej butelki do własnego wnętrza. Czy sprawiła to nadal wysoka – pomimo późnego popołudnia – temperatura, czy bliskość kolejnej atrakcji, nie wiadomo. Nie mniej wszyscy przecząco kręcą głowami.
Uzbrojeni w nowe butelki pełne zimnego, życiodajnego płynu jedziemy dalej. Jeszcze nie wiemy, że tych butelek nawet nie otworzymy przed końcem wieczoru.

Na zakręcie wyprzedza nas pick-up. Jak większość aut w Namibii jest biały i niemal całkowicie pokryty pyłem. W szoferce starszy mężczyzna. Na pace jeszcze dwóch mężczyzn zdecydowanie młodszych.
Dojeżdżamy do bramy zamkniętej na łańcuch i kłódkę.
– Teraz pojedziemy kolejno.w trzy miejsca. W miejscu nr 1 oraz 2 nie wolno wychodzić z auta. W miejscu nr 3 będzie to możliwe – enigmatycznie informuje nas kierowca. Nie bardzo rozumiemy ten przekaz, ale czekamy na rozwój wypadków zamiast zadawać pytania.

Biały pick-up zwalnia pozwalając, byśmy go wyprzedzili.

Parkujemy.
– Teraz czekamy – kolejny zagadkowy komunikat od naszego kierowcy jeszcze bardziej pobudza naszą ciekawość.
– Jeśli chcecie, to możecie mi dać swoje telefony.
Pospiesznie wyciągamy smartfony.
– Co tu się będzie działo? – zastanawia się Kudłata rozglądając się.

Na wzgórzu pojawia się maska pick-upa. Jedzie w naszą stronę. Dość szybko pozostawiając za sobą tuman kurzu, jakby ziemia jeszcze przez chwilę pamiętała jego obecność. Gdy auto jest bliżej dostrzegamy, że jego śladami nie tylko podąża pomarańczowo-żółty pył. Ale i on. Najszybszy kot świata. Gepard.

Gepardy potrafią osiągać prędkość ponad 100 km/h. I nie tylko to sprawia, że są wyjątkowe. Potrafią osiągnąć tę prędkość już zaledwie po kilku krokach! Ten afrykański drapieżnik jest jak bolid Formuły 1 w świecie zwierząt — skondensowana prędkość połączona z napięciem mięśni i gracją ruchu, w którym siła nie walczy z lekkością, lecz płynie razem z nią. Jakby bieg był dla niego naturalnym stanem istnienia, a nie wysiłkiem. Ścigając auto dzisiaj nie pokazuje nam pełni swoich możliwości.

Pick-up zwalnia i zatrzymuje się obok naszego jeepa. Gepard z biegu płynnie przechodzi do leniwego marszu. Mijając pojazd w którym siedzimy bezgłośnie ryczy na moment obnażając kły i zwraca ku nam głowę. Kudłata odnosi wrażenie, że to tylko mała demonstracja i przypomnienie kto tu rządzi, a nie rzeczywiste zainteresowanie naszą obecnością. Cała jego uwaga jest skupiona na postaci, która właśnie wysiada z pick-upa. Nie spieszy się. Ani mężczyzna, ani kot. Mężczyzna podchodzi do paki i odbiera metalową miskę. Jego kroki są pewne i jednocześnie swobodne. Patrzy na kota. Podchodzi do niego. Klęka na jedno kolano na drugim kładąc miskę. Gepard podchodzi łukiem. Głowa nisko osadzona pomiędzy szerokimi łopatkami. Czas zwalnia. Wstrzymujemy oddech. Ich wzrok się spotyka. Przez długą sekundę trwają w bezruchu. W końcu plamiaste futro wkłada głowę do miski. Zaczyna jeść.


Posiadacze domowych kotów doskonale wiedzą, że te zwierzęta jedząc rzadko używają łap. Chwytają zębami chrupka, czy kawałek pasztetu, podrzucają by przemieścił się wgłąb pyska i połykają.
Podobnie je gepard. Pierwsze kęsy są łapczywe. Duże, krwiste kawałki mięsa znikają w jego paszczy praktycznie bez gryzienia. Szeroko rozstawione cztery łapy mocno stoją na ziemi. Ciało pozostaje nieruchome, ale ogon sprawia wrażenie, jakby się nudził podczas tej czynności. Albo żył swoim życiem przez chwilę. Rysuje w powietrzu powolne, niesymetryczne łuki. Końcówka porusza się nerwowo. Kot posila się, ale jakaś jego część pozostaje czujna. Nasłuchuje.
Mężczyzna wyciąga rękę. Głaszcze geparda po głowie. Kot pozwala na tę pieszczotę i odpowiada przymróżeniem oczu nie przerywając jedzenia ani na moment. Miska nie jest jeszcze pusta. Mężczyzna pieszczotliwie targa jego futro. Przekomarza się z nim. Po chwili wkłada tę samą rękę do miski i zsuwa nią niżej pozostałe kawałki mięsa. Jedynym dochodzącym do nas dźwiękiem jest mlaskanie. Na tym etapie już nie tak pospieszne jak na początku posiłku.
– Niesamowite – wyrywa się Kudłatej.
– Ciiiii! – pięć osób jednocześnie odwraca się w jej kierunku przykładając palec do ust.
Kudłata przepraszająco chowa głowę w ramionach.
Gepard zjada ostatni kawałek mięsa i oblizuje niedbale krew ściekającą mu po pysku. Obrzuca nas krótkim spojrzeniem. Nie ma w nim ani agresji ani zainteresowania. Głowę wciąż trzyma niżej od ramion. Wraca spojrzeniem do mężczyzny.
– Chcesz jeszcze?
Kot waha się. Robi krok w tył. Kiwa delikatnie na boki. Po chwili podejmuje decyzję. Odwraca się w kierunku ścieżki, którą przybiegł i spokojnie odchodzi. Wszyscy odprowadzamy go wzrokiem. Gdy jest już maleńką plamką futra mężczyzna podchodzi do naszego samochodu i przedstawia się:
– Nazywam się Göran. Göran Lindstrom. Pochodzę ze Szwecji. Od ponad dwudziestu lat opiekuję się gepardami.
Jego czapka z daszkiem jest mocno naciągnięta na głowę. Zdejmuje ją i zakłada ponownie. Wygładza koszulkę z podobizną dzikiego kota, patrzy przez moment na swoje buty, unosi głowę i kontynuuje swoją opowieść:
– Najpierw trzy lata w Cheetah Conservation Fund. Kolejne trzy w Naankuse Wildlife Sanctuary. A od dwunastu lat opiekuję się gepardami tutaj. W Bagatelle Kalahari Game Ranch.
Kudłata słucha wyjątkowo uważnie.
– Koty były zawsze moją miłością. Od zawsze chciałem się nimi opiekować. Na świecie żyje aktualnie ok. 7000 gepardów. Z czego największa populacja w Namibii. Dlatego przyjechałem do Afryki, właśnie tu. Chciałem ratować te piękne koty, bo nie mają lekkiego życia.
Wśród słuchaczy przeszedł delikatny szmer.
– Nie mają lekkiego życia? – Kudłata powtarza w myślach usłyszane właśnie zdanie – Przecież one nie mają żadnych naturalnych wrogów, stoją na szczycie łańcucha pokarmowego …
– Na początku XX wieku ich populacja przekraczała sto tysięcy. Sto ty-się-cy! – podkreśla.
– Niestety, gdy do Namibii przybyli osadnicy i zaczęli hodować bydło, szybko okazało się jakim zagrożeniem dla żywego inwentarza są gepardy. Gepardy są uzależnione od polowania. Nie polują tylko po to, aby jeść. Gdy zwierzę ucieka, one je ścigają. A zwykle jest to pościg skuteczny. Potrafią w ciągu dnia upolować nie jedną ofiarę. Nie dwie. Ale znacznie więcej. I dlatego osadnicy zaczęli na nie polować.
– To, że gepard jest świetnym myśliwym nie sprawia, że zawsze chodzi najedzony. Potrafi nie jeść i tydzień nawet jeśli upoluje zwierzynę. To jedyny kot, który nie potrafi chować pazurów.
Mimowolnie przypominamy sobie potężne łapy plamiastego futra.
– Jego pazury są wiecznie w gotowości by wbijać się w ziemię podczas szybkiego biegu. By umożliwiać szybkie zakręty i błyskawiczne zmiany kierunków. Ale i z tego powodu to jedyny kot, który nie potrafi wspinać się na drzewa. Gepard musi odczekać około dwudziestu-trzydziestu minut zanim po polowaniu może zacząć jeść. Gdy inne zwierzęta – lwy, hieny, czy szakale, zauważą, że pojawił się darmowy posiłek, potrafią go gepardowi odebrać i zostaje z niczym.
Westchnięcie wyrażające zaskoczenie i kiwanie głowami z niedowierzaniem jest naszą reakcją na te słowa.
– Gepardy to samotniki. Łączą się w pary tylko na okres godowy. Polują zawsze samotnie.Mają stosunkowo małą głowę i – w porównaniu z innymi dzikimi kotami – niezbyt mocną szczękę. Wykorzystując kamuflaż skradają się na niewielką odległość i wówczas atakują. Wykonują krótki, intensywny sprint, po którym wbijają pazury jak haki zwykle w tylne nogi swojej ofiary i usiłują powalić by dostać się do gardła. Nie potrafiąc zmiażdżyć głowy ofiary muszą ją udusić.
– Są bardzo szczupłe. Nawet chude. Ile dziennie jedzą mięsa?
– To zależy od płci. Dorosły samiec zjada dziennie średnio około dwa i pół kilograma surowego mięsa. Samica nieco mniej. Dbam o to, żeby ćwiczyły. Jak zauważyliście, nie karmię ich przy bramie, nawet jak na mnie czekają. Zmuszam ich do biegu za autem. Dopiero wówczas dostają jedzenie.
– W Namibii prawo reguluje warunki, w jakich wolno trzymać gepardy w niewoli. Powinny mieć zapewniony wybieg o powierzchni co najmniej jednego hektara, żeby zapewnić ich potrzebę ruchu. Nasze gepardy – których są trzy – mają ich w sumie dwadzieścia.
Czeka, aż przetrawimy tę informację.
– Przy czym każdy ma swój własny. Sa tak skonstruowane, by wszystkie trzy miały ze sobą kontakt, ale nie bezpośrednio. Kiedyś pozwoliliśmy, żeby mieszkały razem. Początkowo wszystko było w porządku. Ale jednego dnia znaleźliśmy Kiarrę tam, za wzgórzem, w bardzo ciężkim stanie. I od tego czasu zorganizowaliśmy im osobne przestrzenie.
Płoty wokół wybiegu nie są imponująco wysokie. Nie mniej najwidoczniej spełniają swoją funkcję.
– Zanim pojedziemy dalej dam wam radę. Możecie to potraktować jak polisę ubezpieczeniową. Będzie przydatna jeśli jednego dnia pojechalibyście na przykład na self-drive safari do Bostwany i tam spotkali na swojej drodze geparda. To nie zdarza się często, ale się zdarzyć może. Nigdy, przenigdy nie odwracajcie się do niego plecami. Jeśli to zrobicie, a w dodatku zaczniecie uciekać, to koniec. Nie ma ratunku. Ucieczka jest bezcelowa i tylko sprowokuje go do natychmiastowego ataku. Właściwym zachowaniem jest zachować spokój, stanąć do niego przodem i sprawiać wrażenie większego niż w rzeczywistości. Rozłożyć ręce i machać nimi jakby rysując skrzydła – mówiąc demonstruje opisany przez siebie ruch – I powoli, powoli wycofać utrzymując kontakt wzrokowy nie patrząc jednocześnie intensywnie w oczy, żeby nie zostało to potraktowane jak wyzwanie.
– Zdrowy rozsądek w takiej sytuacji szarpałby się z emocjami – usiłuje sobie wyobrazić tę sytuację Kudłata – zachowanie spokoju wydaje się kompletnie niewykonalne – mruczy do siebie – ale warto zapamiętać, skoro to jedyna możliwość by przetrwać.

Göran wsiada do auta. Pora odwiedzić kolejnego podopiecznego.

Karmienie drugiego kociaka wygląda bardzo podobnie. Z tą różnicą, że Kudłata dostrzega dodatkowy ruch, który towarzyszy karmieniu. Göran z kącików oczu geparda wyjmuje dłonią zalegającą tam wydzielinę. Podobnie postępuje z uszami.
– Koty, którymi się opiekujemy pozostają dzikie. A przynajmniej na tyle, na ile to jest możliwe. Pozwalają się dotykać tylko w porze karmienia. To dzięki temu mogę wyczyścić im oczy i uszy nie ryzykując zbytnio. Ale nie zawsze tak było – tu przerywa na moment i zamyśla się. Mija dłuższa chwila zanim podejmuje rozpoczęty wątek.
– Gdy zaczynałem byłem wiecznie podrapany. Całe przedramiona i twarz miałem poharatane. Ich pazury są bardzo, bardzo ostre. Jeden nieprzemyślany ruch, jedna spóźniona reakcja wystarczy. Dopiero z czasem nauczyłem się przewidywać ich reakcje na tyle wcześnie, by unikać ran.
– Urodziły się tutaj?
– Nie, prawo w Namibii zabrania rozmnażania gepardów.
– Dlaczego?
– To mogłoby być zbyt kuszące dla niektórych. Szejkowie i bogaci Azjaci są skłonni zapłacić nawet i dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro za sztukę. Wierzą, że można je trzymać w domu i oswoić jak psa, czy kota. A to przecież nie jest możliwe. Wszystkie trzy to sieroty. Bonnie i Clayde oraz Kiarra. Straciły swoje mamy bardzo wcześnie. A bez nich nie są w stanie nauczyć się tego, co jest niezbędne do życia, w tym polowania. Młody gepard potrzebuje aż dwóch lat, dwóch lat – podkreśla – towarzystwa swojej rodzicielki by w pełni stać się samodzielnym osobnikiem i móc przerwać w buszu. My, ludzie, nie jesteśmy w stanie ich tego nauczyć. Niestety. Mieszkają z nami tutaj i dostają najlepszą możliwą opiekę. Oraz dużo, dużo miłości. Jedziemy dalej?

Dojeżdżamy do trzeciej bramy. Auta zatrzymują się kolejno. Jedno, nasz jeep, po jednej stronie bramy. Pick-up po wewnętrznej stronie. Geparda jeszcze nie widać. Ale nie może być daleko. Przecież doskonale wie, o której jego prywatna kuchnia serwuje posiłki.
– Tutaj możecie wysiąść. Stańcie w rzędzie – informuje nasz kierowca.
– Jak to?! A gepard?! – pytamy i protestujemy jednocześnie. Ale posłusznie wysiadamy.
– Spokojnie. Tylko nie przekraczajcie tej linii – ostrzega.
Stajemy niepewnie jedno obok drugiego oczekując rozwoju wydarzeń.

Tym razem osobą karmiącą jest inny mężczyzna. Trzymając metalową miskę czeka. Stoi spokojnie. Wydaje się wiedzieć skąd przybiegnie gepard. Nie myli się.
Smukłe cętkowane futro zatrzymuje się za krzakiem. Obserwuje nas przez chwilę. Nie wydaje żadnych dźwięków. Tylko patrzy. Najdłużej na posiadacza miski. Decyduje się podejść. Najkrótszą możliwą ścieżką do posiłku. To na niej ogniskuje swój wzrok i zainteresowanie.
Je spokojnie. Gryzie przed przełknięciem. Gdy kończy odchodzi.
Göran dołącza do mężczyzny, który trzyma miskę.
– Kiarra, chcesz jeszcze?
Kot zatrzymuje się. Zawraca. Oblizuje zakrwawiony pysk. Siada. Długi ogon owija wokół łap. Czeka. W tym czasie z pojemnika na pick-upie nowe kawałki mięsa lądują w misce. Miska trafia do rąk Görana.

film Piotr Ostrowski

Karmienie ma miejsce mniej niż pięć metrów od nas. Między nami a gepardem nie ma żadnej przeszkody. Nic, co w razie potrzeby mogłoby go zatrzymać. Jego uwagę pochłania wyłącznie Göran i zawartość miski.
– Podejdź tu – nakazuje Szwed.
Gepard podchodzi. Je jeszcze wolniej niż poprzednio. Jak człowiek, który już nasyci głód, ale je z łakomstwa, wyłącznie dlatego, że smakuje mu zaserwowane dane.
– A teraz usiądź – zwraca się do Kiarry, gdy miska jest ponownie pusta – Nie odchodź. Zostań z nami. Ci ludzie chcą na Ciebie jeszcze chwilę popatrzeć – dłonią prezentuje rządek naszych dusz przejętych bliskością drapieżnika jakby przedstawiał gości uczestniczących w uroczystej kolacji. Poniekąd tak właśnie jest.
Gepard siada prezentując profil. Wygląda jak posąg. Zaraz przypomina sobie o toalecie i kompletnie nie zwraca uwagi na obserwujących go ludzi.

– W ostatnim czasie straciłem trzy bliskie mi istoty. Były dla mnie ważniejsze niż moi przyjaciele – Göran wznawia swój monolog.
Kudłata przenosi na niego wzrok chcąc zapamiętać każde słowo intuicyjnie czując, że ten fragment wypowiedzi będzie emocjonalny. Z drugiej strony obecność geparda przyciąga jak magnes. Możliwość obserwacji go z tak małej odległości jest oszałamiająca. Ze zdziwieniem zauważa, że z początkowego strachu, towarzyszącemu temu niesamowitemu spotkaniu, już w niej nie ma. Jest tylko podziw dla natury, że stworzyła tak absolutnie piękną istotę jaką jest gepard.


– Były to Qasar, King Flash oraz Boyde – wymienia imiona i milknie.
Wyraźnie usiłuje zapanować nad głosem.
– Pierwszy z nich był wyjątkowy. Spędziliśmy razem bardzo dużo czasu. Przychodził do mojej chaty. Wchodził do środka. Nawet do łazienki. Kładł mi łapy na ramionach. Lizał po twarzy. Jak pies! Był naprawdę wyjątkowy! Uwielbiał zwierzęta …
– No raczej – złośliwa myśl pojawia się w głowie Kudłatej szybciej niż gepard goni antylopę i prycha – Jak każdy drapieżca. Najbardziej na surowo.
– …. oglądać zwierzęta – prostuje Göran – wsiadał ze mną do samochodu i razem jeździliśmy po rancho. Nie chciał wysiadać! Musiałem mu pomagać! – tu robi ruch odwzorowujący wypychanie pasażera z auta.
Kiarra w tym czasie kończy toaletę i kładzie się na ziemi.
– I pewnego dnia … – urywa. Wkłada ręce do kieszeni zakurzonych spodni. Po chwili wyjmuje i ugniata nimi chwilę swoje skronie – Chcieliśmy pobrać krew. Do badań. Przyjechał weterynarz. Uśpił go. Chyba źle odmierzył dawkę środka, bo Qasar już nigdy się nie obudził. Od tego czasu już nie pozwalam, by pobierać gepardom krew. Mam inne sposoby by kontrolować ich stan zdrowia.
Na moment przerywa opowiadanie. Kiarra uznaje, że cierpliwość ma swoje granice, nawet za cenę dodatkowej porcji mięsa. Z gracją wstaje i powoli odchodzi.
– King Flash miał paskudną ranę na policzku. Leczyliśmy go. Koszty nie grały roli. Ale rana się babrała. I ostatecznie musieliśmy … musieliśmy go …
Nie kończy. Nie musi. Wiemy co było dalej, choć trudno pogodzić się z tą myślą.
– A trzeci, to było najgorsze, był taki młody, miał tylko dwa lata. Zachorował na kocią chorobę. Odesłałem jego ciało do Windhoek, żeby sekcja wykazała przyczynę zgonu, bym w przyszłości mógł lepiej się opiekować moimi podopiecznymi. Okazało się, że miał bardzo słaby układ odpornościowy. Nie miał szans …

Chwilę milczymy wszyscy. Daleko na wzgórzu widać jeszcze oddalającą się sylwetkę Kiarry.
– Kiedy przyjechałem do Afryki, miałem cel. Chciałem ratować gepardy i wypuszczać je na wolność. Edukowaliśmy farmerów. Tłumaczyliśmy. Przyjeżdżaliśmy, gdy zgłaszali się pojawienie drapieżnika na ich terenie. Odławialiśmy i wypuszczaliśmy w innym miejscu. Ale ponad osiemdziesiąt procent uratowanych w ten sposób kotów i tak było zabijanych w nowym miejscu. To było takie trudne. I kosztowało tyle pieniędzy. Wtedy zrozumiałem, że muszę zmienić podejście. Robić coś innego. Opiekować się nimi i dbać o nie inaczej. I to robię tutaj. Kiedy tu przyjechałem dostałem wolną rękę. Zbudowaliśmy gepardom nowe wybiegi. Większe. Zorganizowałem im ćwiczenia. Wiecie ile żyje gepard na wolności?
Czeka chwilę na odpowiedź, ale nie pada.
– Średnio 7-8 lat. A w niewoli, dzięki opiece, nawet i 20 lat! I dlatego to teraz robię. Dbam o nie tutaj z miłością.
Spogląda za Kiarrą, której już praktycznie nie widać.
– Kiarra uwielbia polować. Co chwilę znajdujemy na wybiegu pióra ptaków. Nasze gepardy mają tutaj naprawdę dobre życie. Najlepsze jakie mogą mieć. – kończy.

*) tureckie ciasto z nitek to Kadayif (lub kataifi), nazywane też „anielskimi włosami”. To niezwykle cienkie, chrupiące nitki z ciasta filo (mąka i woda), używane do przygotowania słodkich deserów. Tradycyjnie pieczone z masłem, orzechami i zalewane słodkim syropem.


Comments (4):

  1. Tat

    13 lutego 2026 at 00:00

    Znakomita opowieść…

    Odpowiedz
    • swiatkudlatej

      13 lutego 2026 at 08:25

      Podobnie jak znakomita byla to przygoda!

      Odpowiedz
  2. Jol

    13 lutego 2026 at 17:56

    Wielkie brawa 👏 Jestem pod wrażeniem. Jak zawsze piękny opis, czytając przenosi człowieka w tą dziką przepiękną przyrodę. Safari w Twoim obiektywie wygląda jak sen . Ta przestrzeń, dzika natura, pustynny piasek i jego kolory…to coś pięknego . Zachęcam do napisania książki 🙂

    Odpowiedz
    • swiatkudlatej

      13 lutego 2026 at 18:28

      Bardzo dziekuje za cieple slowa! Strasznie mi milo … To bardzo motywuje do dalszego pisania. A ksiazka? Zobaczymy 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.