D jak Deadvlei

Buty grzęzną już całkowicie. Nawet skarpetki nikną w piasku. Każdy krok do góry okupiony jest połową kroku w dół, gdy stopa zsuwa się po zboczu. Wbijanie stóp głębiej nic nie daje, a kosztuje mnóstwo wysiłku. Nieergonomiczny wydatek energii. Nie warto.

Droga od bramy parku Namib-Naukluft do SossusVlei i Deadvlei początkowo wiedzie asfaltem. Na całym odcinku są może dwa delikatne łuki. Reszta jest całkowicie prosta. Godzina jazdy szeroką, płaską doliną, podczas której jedyną aktywnością jest podziwianie łagodnie piaszczystych wzgórz we wszystkich odcieniach pomarańczu wylegujących się po obu stronach drogi. Spalone słońcem trawy kołyszą się leniwie. Zdziwiony naszą obecnością oryks przystaje i odprowadza nas wzrokiem. Jest za daleko, by dosięgło go oko teleobiektywu. Wiatr swobodnie przesypuje piasek z lewej strony drogi na drugą. Momentami czerń asfaltu całkowicie ginie pod kwarcowymi smugami.

– Widzisz to samo co ja? – Kudłata przerywa ciszę.
W oddali widoczne są kałuże. Mają rzadko spotykany kształt. Jakby rozlewały się w poprzek drogi. I jednocześnie drżały. Rozpływają, gdy tylko się do nich zbliżamy. Pojawiają się kolejne. Ale i one znikają w miarę jak zmniejszamy do nich dystans.
– Czy to fata morgana?
– To śreżoga.
– Śre … co? – zaskoczona skręca głowę w prawo by spojrzeć na Kapitana. W Namibii obowiązuje ruch lewostronny.
– Efekt połączenia wysokiej temperatury, pogodnego nieba oraz intensywnie nagrzanej od Słońca powierzchni. To nic innego jak fizyka. Optyczne złudzenie – krótki, naukowy wykład nieco umniejsza bajkowy akcent obserwowanego zjawiska. Ale nie do końca. Kudłata nie wszystko chce rozumieć. Czasem woli się zwyczajnie zachwycać.

Mijamy Dune 45 (bo znajduje się na czterdziestym piątym kilometrze trasy) i docieramy do kolejnej bramy. Rozleniwiający asfalt ustępuje miejsca milionom ziaren piasku. Auta z tradycyjnym napędem zmuszone są pozostać na dedykowanym parkingu. Do dalszej podróży uprawnione są jedynie 4×4 gotowe sprostać większym wyzwaniom. Można kupić bilet i skorzystać się z profesjonalnych przewoźników. Albo – dysponując odpowiednim pojazdem – podjąć wyzwanie i ruszyć samodzielnie. Cztery kilometry do kolejnego parkingu toczymy się po łagodnych wzgórzach ani na moment nie zatrzymując się. Intensywnie wypatrujemy miejsc, gdzie piasek jest bardziej spoisty. Unikamy głębokich kolein pozostawionych przez poprzedników. Słońce jest już wysoko na niebie i widoczność jest doskonała. Jazda o wcześniejszej porze – by zdążyć na wschód słońca, opcja najbardziej popularna wśród turystów – musi dostarczać dodatkowych wrażeń.
– Ten chyba miał mniej szczęścia.
Mijamy auto, którego opony całkowicie giną w piachu. Wokół stoją ludzie przyglądający się wysiłkom kierowcy desperacko usiłującego uwolnić pojazd. Koła boksują coraz mocniej grzęząc w sypkiej pułapce. Obok zatrzymuje się pojazd z logo NWR (Namibia Wildlife Resort). Tutejszy kierowca to nadzieja na ratunek.

Mijamy parking przy Deadvlei i dojeżdżamy do miejsca, gdzie kończy się piasek, a zaczyna twarda ziemia i kamienie. Solnisko SossusVlei. Sukulenty ustępują miejsca drzewom. Majestatyczne akacje łaskawie dzielą się cieniem z parkującymi pod nimi samochodami. Pod pobliskim konarem piknikuje grupa trzech osób. Kolorowo ubrana para młodych ludzi i mężczyzna po czterdziestce – zapewne ich przewodnik. Większy pień służy im za stół, mniejsze za krzesła. Na blacie woda, suchary i owoce. Typowe śniadanie w warunkach, gdzie miejsce w lodówce jest mocno ograniczone. Witamy się i przedstawiamy.
– O! Nasz sąsiad z ostatniego kempingu też był z Niemiec – zauważa Kudłata.
– Nie jestem zaskoczony – przewodnik zdejmuje kapelusz i ociera spocone czoło. Odkłada nakrycie głowy na uda. Pod gęstą koroną czasem zabłąka się pojedynczy podmuch wiatru. W upalny dzień jak dziś warto docenić każdy ruch powietrza – Ponad sześćdziesiąt procent turystów przyjeżdża z tego kraju.

Za wikipedią:
Pod koniec XIX wieku niemiecki kupiec Adolf Lüderitz kupił od lokalnego wodza południowe wybrzeża Namibii i na ziemiach tych założył miasto. Pech – z perspektywy rdzennych mieszkańców – chciał, że podczas budowy torów jeden z pracowników znalazł diament. Niedługo później władze niemieckie rozpoczęły eksploatację drogocennych minerałów. Rząd niemiecki od dawna był spragniony uzyskania kolonii zamorskich i włączył ten teren do Rzeszy nazywając go Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią (niem. Deutsch-Südwestafrika). Po pierwszej wojnie światowej. Po I wojnie światowej decyzją Ligi Narodów Niemcy stracili Afrykę Południowo-Zachodnią, a tereny te przeszły pod zarząd RPA. Niemieckim osadnikom pozwolono pozostać i aż do niepodległości w 1990, niemiecki był jednym z oficjalnych języków tego obszaru.


Upewniamy się co do kierunku marszu i ruszamy zdobyć pierwszy szczyt.
– Chyba nasz sąsiad trochę przesadzał opisując dramaturgię wejścia na wydmę – mruczy do siebie Kudłata.
Pierwszy odcinek drogi od parkingu prowadzi przez solnisko. Twarda ziemia, spękana tęsknotą za kroplą wilgoci była mało wymagającą nawierzchnią. Kilkaset metrów dalej, gdzie pomarańczowy piasek Big Mama powoli zsuwa się do doliny Sossus Vlei, zaczyna się robić grząsko. Jednak nawet tutaj buty zapadają się maksymalnie na grubość podeszwy.

Dzień wcześniej wieczorem, gdy słońce całkiem zniknęło za horyzontem i ciemność wypełzła ze wszystkich zakamarków sprawiając, że prozaiczne kilka kroków od stolika na kempingu do bagażnika wydawało się być życiowym wyzwaniem, usłyszeliśmy zachrypnięty głos:

– Hello! English or Deutch?
– English – odpowiedziała Kudłata. Jednak w tej odpowiedzi brakowało całkowitej pewności. Intonacja wskazywała raczej pytanie sugerujące, że z tych dwóch opcji wolimy język Szekspira, choć jeszcze nie wiemy jak go wykorzystamy.
– Zrobiłem Wam kilka zdjęć i zastanawiałam się, czy nie chcielibyście ich mieć – właściciel zachrypniętego głosu odczekał chwilę dając nam czas na przyswajanie tej informacji – Jestem Waszym sąsiadem – dodał po chwili.
Podszedł bliżej kręgu światła. Kudłata miała wrażenie, że wyciągnął przed siebie komórkę na dowód tego, że mówi prawdę i ma dobre intencje.
– Aaa! To pewnie Twoje dzieci machały do nas wcześniej? – Kudłata przypomniała sobie dwa malce, które na tarasie sąsiedniego stanowiska po południu uparcie wołały unosząc i opuszczając ręce, aż nie odpowiedzieliśmy podobnym gestem.
– Tak – zaśmiał się. Jego postać już całkowicie znalazła się w zasięgu naszej kempingowej lampki. Miał na sobie klapki, wyciągnięte szorty khaki i koszulkę z napisem Sceleton Coast – Nawiązują w ten sposób kontakt ze wszystkimi napotkanymi ludźmi. I są zachwycone, gdy ktoś je zauważa. A Wam zdjęcia zrobiłem już po ciemku.
Przesuwając palcem po ekranie kolejno je pokazuje. Widać zarys budynku, w którym znajduje się łazienka. Samochód z rozłożonym namiotem. Nas siedzących przy stoliku. I żarzące się jeszcze palenisko. Kilka wykonano na dużym zbliżeniu. Za pomocą AirDrop fotki lądują na telefonie Kapitana.
– Skąd jesteście?
– Z Polski. A Ty?
– Z Niemiec. Pierwszy raz w Namibii?
– Tak. To dopiero nasz drugi dzień w tym kraju.
– A na długo przyjechaliście?
– Na miesiąc – nawet nie próbujemy ukryć dumy wynikającej z tego faktu.
– Ach! Zazdroszczę! Ja niedługo wracam. Chociaż przyjechałem pod koniec grudnia, to nie mam powodu by narzekać.
Spalony nos i brązowe policzki dowodzą, że ich właściciel sporo czasu spędził na słońcu.
– Niemniej uwielbiam tu wracać. To mój dziesiąty pobyt w Namibii. Jutro pewnie jedziecie na wydmy?
– Właśnie! Jaką opcję polecasz jako tutejszy ekspert? Pobudka o świcie, atak wydmy z samego rana, a potem piknik po zejściu? Czy inną opcją niż zalecają przewodniki?
Sąsiad roześmiał się głośno.
– Pytacie niewłaściwą osobę. Jestem zbyt wygodny by wcześnie wstawać. Grunt to postanowić, na którą się chcecie wspiąć: Big Mama czy Dune 45.
– A dlaczego musimy wybierać? – docieka Kudłata.
– Nogi będą się Wam zapadać po kolana w piasku. Każdy krok okupicie okupicie ogromnym wysiłkiem. Przynajmniej ja na górze ledwo oddycham – demonstracja problemów z oddychaniem wyglądała bardzo przekonywująco – choć ja to mam ku temu odpowiednie warunki – tu złapał dłońmi konkretną fałdę w miejscu, gdzie standardowo u człowieka występuje talia.

Kudłata uśmiecha się na to wspomnienie podnosząc głowę. Kapitan jest daleko przed nią. A właściwie nad nią. Pora wyciągać nogi, żeby zdążyć wrócić przed południem na parking i ukryć się w cieniu rozłożystej akacji. Poprawia szelki plecaka, zaciska sznurek od kapelusza, aparat zsuwa na biodro.

Początkowo idzie po śladach poprzedników. Może nie jest to spacer po schodach, ale do ekstremalnego wysiłku jest jeszcze daleko. W poprzek ścieżki biegnie jaszczurka. Wysoko unosi łapki. Rozczapierza palce. Robi kilka kroków. Przystaje. Rozgląda się. Wypukłe oko uważnie lustruje okolicę. Znów rusza. Kręgosłup wygina raz w lewo, raz w prawo. Ogon podąża tym samym śladem.

Nachylenie wydmy zwiększa się. Buty grzęzną już do do kostek. Wyciągając jedną stopę, druga zsuwa się lekko w dół. Serce delikatnie przyspiesza. Oddech zaczyna być głębszy. Nierówny.

Kudłata odwraca się by spojrzeć na solnisko, które zostało w dole. Wysokie wydmy otaczają je z każdej strony. Z tej odległości spękana ziemia wydaje się być biała. Można nawet ulec wrażeniu, że jest pokryta śniegiem, gdyby nie fakt, że temperatura powietrza przekracza 35 stopni. W cieniu.

Dalszy spacer z aparatem na biodrze zaczyna być uciążliwy. Dodatkowy ciężar na jednym biodrze destabilizuje marsz. Kudłata klęka w gorącym piasku. Ta pozycja zapewnia większą stabilność dzięki czterem punktom podparcia. Chowa aparat do plecaka.
– Kolejne zdjęcie zrobię już na szczycie – obiecuje sobie – albo schodząc.

Palce w butach zaczynają odczuwać dyskomfort wynikający z braku miejsca. Jest to dziwne biorąc pod uwagę, że nadal trwa wspinaczka. Uprawione do narzekania powinny być co najwyżej pięty.
– Najwyraźniej ziarenka piasku tłumnie sprawdzają przenikalność materiału z jakiego wykonano ten model – wzdycha Kudłata i idzie dalej. Przed osiągnięciem szczytu wytrzepywanie pasażerów na gapę mija się z celem.

Z każdym kolejnym krokiem zgina się bardziej dopasowując sylwetkę do nachylenia stoku. Nagle butelka z wodą wysuwa się z kieszonki plecaka i boleśnie uderza ją w łokieć. Tylko dzięki dodatkowej taśmie z karabińczykiem nie zsuwa się niżej. Umocowanie jej ponownie zajmuje chwilę. Chwilę podczas której ciało zsuwa się nieubłaganie w dół.

– Daleko jeszcze? – Kudłata pyta samą się zadzierając głowę. Kapitan jest już niemal na szczycie. Dogonić go już nie ma szans. Zresztą wyścigi w tej temperaturze byłyby szaleństwem. Ważne by tam w ogóle dotrzeć.

Buty grzęzną już całkowicie. Nawet skarpetki nikną w piasku. Każdy krok do góry okupiony jest połową kroku w dół, gdy stopa zsuwa się po zboczu. Wbijanie stóp głębiej nic nie daje, a kosztuje mnóstwo wysiłku. Nieergonomiczny wydatek energii. Nie warto.

Dłonie dołączają do wspinaczki. Za pierwszym razem była to desperacka próba utrzymania równowagi. A już po chwili Kudłata ze zdziwieniem odkrywa, że maszeruje na czworakach. Piasek lepi się do dłoni, kolan, łydek, twarzy. Jest praktycznie wszędzie. Buty sprawiają wrażenie za małych o co najmniej o trzy numery. Plecak z aparatem waży już chyba tonę. Tymczasem do szczytu wydmy nadal brakuje kilku metrów …

– Dam radę! Dam radę! – powtarza sobie Kudłata widząc żuczka na nieprawdopodobnie długich nogach, który zasuwa do góry. Jegomość nawet na moment nie zwalnia. Jego ciemny chitynowy elegancko pancerzyk błyszczy się w słońcu.

– Jak dobrze, że posłuchałam rady Kapitana i na tshirt założyłam koszulę z długim rękawem – na moment z wdzięcznością przymyka oczy. – I tak jest nieprawdopodobnie gorąco, ale przynajmniej nie spalę się na wiór wędrując w kierunku słońca.

Jeszcze trzy kroki. Dwa. Jeden. Udało się! Co za widok! Wszędzie wokół wydmy. Rude wzgórza ciągną się po horyzont. Całe tony piasku przesypują się swobodnie unoszone gorącym wiatrem. Piasek na zboczach układa się w charakterystyczne fale. Jaśniejsze i ciemniejsze odcienie od żółtego, przez pomarańczowy aż do krwistej czerwieni, na przemian przeplatają się.


Daleko w dole widać białą plamę solniska. Z tej wysokości nie sposób dostrzec bruzd i spękań w jego powierzchni, pomimo, że sięgają kilkunastu centymetrów. Na tej niegościnnej ziemi rosną akacje. To jedyne zielone akcenty w tutejszym krajobrazie. Kudłata nie może oprzeć się wrażeniu, że ich gałęzie przypominają ogromne szpony. Zwykle drzewo rosnąc wyciąga gałęzie ku górze, kierując je do słońca. Sięgając jak najwyżej. Tymczasem kolczaste gałęzie akacji z równą intensywnością kierują się w dół co na boki. Jakby czekały w pogotowiu i na wypadek burzy piaskowej gotowe były użyć dodatkowych sił by utrzymać się w miejscu.

Piasek po drugiej stronie krawędzi dosłownie parzy. Słońce jest już blisko zenitu. Za moment go przekroczy i rozpocznie ogrzewanie zbocza, po którym trzeba będzie jeszcze zejść. Zatem szybki fotograficzny dowód na zdobycie Big Mama i pora wracać – a raczej zsunąć się – z powrotem na dół. Bo przed nami jeszcze spacer do doliny, która już dawno zapomniała jak pachnie deszcz …

Wracamy na poprzedni parking i ruszamy ścieżką wyznaczoną przez wysokie tyczki. Kudłatą intrygują drewniane szałasy znajdujące się po lewej stronie trasy. Żeby do nich dotrzeć konieczne jest nadłożenie drogi, ale ciekawość jest ogromna. Z daleka wyglądają jak przebieralnie na plaży w popularnych miejscowościach wypoczynkowych. Ale to przecież absurd stawiać tego typu budynki w takim miejscu. Dowolne ubranie zostaje przesiąknięte wilgocią opuszczającą ciało szybciej niż myśl jest w stanie odnotować wysoką temperaturę. Zmiana koszulki w nadziei, że ta pozostanie sucha, jest zwyczajnie idiotyczną naiwnością. Krok za krokiem Kudłata zbliża się. Nagłe towarzystwo rodziny much upewnia ją, że dalszy wysiłek jest zbędny, bo poznała już przeznaczenie starych zabudowań.

Na parkingu stoją ich nowoczesne wersje – tzw. ekologiczne, suche toalety. Zielono-szara barwa nadaje im prawdziwego charakteru safari. Piktogram na drzwiach rozwiewa ewentualne wątpliwości dotyczące wyboru. Z odległości kilku kroków wyglądają jakby wykonane były z brezentu. W rzeczywistości to plastik. Ścianki i drzwi zdeformowały się od upału tak bardzo, że trudno je domknąć. Może to i lepiej, bo dzięki temu do środka wpadają dodatkowe promienie ułatwiając czynność, dla której człowiek tam wchodzi.


Trasa do Deadvlei wydaje się łatwa. Ot spacer po płaskich pagórkach. Wysiłek praktycznie żaden w porównaniu ze wspinaczką na ponad stumetrową Big Mama. Butelka wody zatankowana do pełna na parkingu wskazuje już tylko połowę zawartości po zaledwie kilkunastu krokach. Piasek pali w stopy pomimo butów sięgających za kostkę. A będzie tylko cieplej. Poranne lenistwo sprawia, że zamiast w stosunkowo chłodnych porannych godzinach „martwe bagno” obejrzymy w najgorętszym momencie dnia. O ile tam dotrzemy!

Po drodze mijamy mniejsze solniska. Około dziewięciuset lat temu rzeka Tsauchab wezbrała i rozlała się szeroko po dolinie, dając życie bujnie rosnącym drzewom. Później jednak klimat odmienił swoje oblicze — palące słońce i wędrujące wydmy piasku odcięły rzece drogę.

Słynny, surowy krajobraz wyłania się za kolejnym wzgórzem. Trudno uwierzyć, że kiedyś była tu woda i związane z nią życie. Gdy rzeka zmieniła bieg, drzewa akacji wielbłądzich uschły i obumarły, lecz w bezlitosnej, skrajnie suchej scenerii pustyni ich pnie i konary nie rozpadły się, trwając niczym nieme świadectwo minionych czasów. Niepowtarzalne, szkieletowe pomniki na tle pomarańczowego piasku. Mroczne, martwe, ostro kontrastującymi z jasnym, niemal białym dnem wyschniętego dna. Stąpając ostrożnie nasze kroki odbijają się cichym echem: carpe diem …

Comments (2):

  1. Katarzyna

    18 stycznia 2026 at 21:19

    Niech wam piaski będą przyjazne, a każda ścieżka niech będzie przygodą, która wzbogaca serce

    Odpowiedz
  2. Jol

    14 lutego 2026 at 10:58

    Podziw i gratulacje. Wow ! Zdobyć góry w Namibii to prawdziwy wyczyn . To brama do serca pustyni każdy dzień przynosi inny krajobraz . Tam czas zwalnia a horyzont dotyka nieba .Wędrówka po tych górach to totalna ucieczka od cywilizacji, cisza która dzwoni w uszach , noce pod milionami gwiazd to przygoda która zostaje na zawsze . Te zdjęcia są tak piękne że możnaby je pomylić i inną planetą .Czytając Twoją przygodę człowiek również przeżywa ekscytację i zachwyt . Coś pięknego…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.