Thai-Viet – dzień 2

Tajlandia. Minimalizm trenowany na pokładzie katamaranu. To jest to!

Zmiana kraju. Kierunek Tajlandia. Phuket.

Lądowanie. Większość pasażerów wygląda na wczorajszych. Niektórzy na zombie. My niestety też. Spanie w samolocie to ściema. A tu kolejny skok w czasie. Plus 3h w stosunku do Polski. Razem już 6h.

Powłócząc nogami wychodzimy z rękawa do ogromnego holu.
– Naprawdę będziemy stać w tej kolejce?! – pytamy z niedowierzaniem. Ludzie wiją się w ogonkach w oczekiwaniu na kontrolę paszportów i wizę.
– Chodźcie tutaj. Tu jest krótsza kolejka!
– Tu (tu = w Tajlandii – przyp. autora) robią świetny masaż stóp – dodaje Darek – niby trwa tylko pół godziny, a czujesz się po nim jak nowo narodzony.

W oczekiwaniu na przejście przez bramki i obiecany masaż mało cierpliwie, lekko chwiejnie, ale jeszcze stoimy. Jest duszno i tłoczno. Kudłatej kręci się w głowie.

– Świeżo wyciskany sok z granata …
– … wymieszany z sokiem z melona.
Załoga marzy na głos. 
Padają też pytania o praktyczne aspekty. Można i usłyszeć porady.
– Ile wymieniacie dolarów?
– Którą kartę kupujecie do neta?
– Pamiętajcie by nie nosić banknotów w tylnej kieszeni spodni. Bo pójdziecie siedzieć za obrazę króla.

Po zeskanowaniu wszystkich opuszków i zrobieniu zdjęcia en face jesteśmy po drugiej stronie. W komplecie. Pozostaje jeszcze tylko znaleźć bagaże.

Bagaże na wózku. Szukamy transportu do mariny. 
Rach ciach i już! Sprawnie poszło. Mamy busa. Kierunek: Ao Po Grand Marina. Jedziemy!
W samolocie pilot mówił, że na dworze jest już 30 stopni i rośnie. A jest dopiero 10-ta rano. Nie żartował.

Pierwsze wrażenie podczas jazdy lewą stroną ulicy – bezcenne. Trudno się pozbyć wrażenia, że jedziemy pod prąd. Szczególnie, gdy kierowca nonszalancko wyprzedza.
Najpierw jedziemy szeroką dwupasmówką. Potem droga się zwęża. Nie ma pobocza. Skuterom to nie przeszkadza. Zdarza się, że ktoś jedzie w kasku.

Marina. Ostatkiem sił człapiemy w kierunku cienia. Rzucamy bagaże. A po chwili leżymy na nich. Nie mamy sił by podziwiać jachty spokojnie kołyszące się na wodzie w oczekiwaniu na swoich mieszkańców. Nie mamy sił by zachwycić się rajskimi wyspami widocznymi tuż po lewej stronie od pomostu. Nawet nie mamy sił by zauważyć, że tuż obok nas jest knajpka z orzeźwiającym basenem, ogromnymi, owocowymi drinkami i pysznym śniadaniem …

Na szczęście pojawia się Ona. Nasza opiekunka.
– Jak masz na imię? – pytamy uroczą brunetkę, która ani na moment nie przestaje się uśmiechać.
– O!
– O i co dalej?
– O!
– Tak po prostu O?
– Tak. O!
Dzięki niej załoga odnajduje wspomnianą knajpkę, a Kapitan i Kudłata podjadą – wraz bagażami – meleksem z klimatyzacją do naszego-już-za-chwilę kata.

W ślad za nimi na pokładzie pojawia się Craig – Anglik, który kilka lat wcześniej uznał, że klimat tajski sprzyja mu zdecydowanie bardziej niż klimat w zjednoczonym, acz deszczowym królestwie. Przyjechał i został. I z uśmiechem zarządza jedną z czarterowni na Phuket.

To było najbardziej lightowe przyjęcie jachtu jakiego doświadczyła Kudłata. Kapitan zresztą też. Zwyczajowa instrukcja obsługi głównych guzików, pokręteł, sznurków i szmatek została zastąpiona pogawędką na temat trasy (co warto zobaczyć i dlaczego), możliwości tankowania wody (praktycznie zero), marin na trasie (maksymalnie jedna), opłat za wstęp do parków narodowych (lepiej omijać), sposobu obsługi odsalarki oraz jej ograniczeń. Pytanie „Everything Ok?” usłyszeliśmy dokładnie 56 razy. I już – łódka jest nasza!

Życie na jachcie uczy sztuki minimalizmu. Wracając do domu człowiek ze zdziwieniem stwierdza jak niewiele miejsca, ubrań i ogólnie przedmiotów potrzebuje do szczęścia. W przeciwieństwie do ilości jaką faktycznie posiada na co dzień. Nie oznacza to, że dobrowolnie rezygnuje z wszelkich oznak luksusu. Przynajmniej nie zawsze.

Dzień przejęcia łódki, to dzień techniczny, oznaczający dojazd, zaokrętowanie i zaprowiantowanie. Nie da się ukryć, że trudy podróży wyczuwalne są już z małej odległości. Dlatego w marinie człowiek napawa się zachłannie długim prysznicem. Bo wie, że kolejny czeka go dopiero po powrocie.

Wieczór. Słońce powoli chyli się za horyzont. Delikatny wiatr. Głowa rejestruje podmuch powietrza i kojarzy „będzie chłodniej”. Wniosek: „weź bluzę”. Niepotrzebnie. Tu wiatr nie zmienia temperatury. Przynajmniej nie znacząco.

Opuszczamy marinę. Idziemy drogą pod górkę. Ma to swoje plusy – będzie łatwiej z powrotem.
– Daleko jeszcze?
– Według nawigacji jeszcze 6 minut.
Droga jest niemal zupełnie ciemna.
– Uważajcie, tam leży wąż! – ostrzega Jola idąca z Krzysiem na froncie.
– Aaa! – Kudłata wrzeszczy jak oparzona podskakując natychmiast. Jednocześnie podskakuje Radek. Niczym koszykarz przy wsadzie. Dagmara nie zastanawiając robi to samo.
– Gdzie? – dodała Kudłata po chwili. Rozglądamy się patrząc pod nogi. Idziemy jeszcze kilka metrów zanim dostrzegamy niewyraźny kształt. Wronka włącza latarkę w komórce.
– To nie wąż. To tylko kawałek … sznurka.

– Widzicie te kolorowe światełka? Może to jest ten targ, o którym wspominał Craig?
Sympatycznego Craiga zagadnęliśmy dzisiaj o miejsca godne polecenia w zakresie kuchni lokalnej. Takiej, w której stołują się mieszkańcy, nie turyści. Dochodzimy do oświetlonych zabudowań i skrzyżowania. Po obu stronach drogi stoi mnóstwo skuterów. Kręci się mnóstwo ludzi. Nikt nie zwraca na nas uwagi pomimo, że wyróżniamy się kolorem skory. I budową ciała. Tajowie są od nas zdecydowanie drobniejsi.
– Według Google’a knajpa jest tam, po drugiej stronie – Kapitan przez chwilę intensywnie wpatruje się w telefon, a następnie rzeczowo wskazuje kierunek ręką.
– A może najpierw zobaczymy co jest na targu, a do knajpy zajrzymy później, dopiero jak na targu nie znajdziemy nic ciekawego?

Wchodząc mijamy panią policjant dzierżącą miecz rodem z gwiezdnych wojen. Uśmiecha się do nas radośnie. Chwilę później toniemy w morzu dźwięków i zapachów. Kurczak. Wołowina. Kolendra. Imbir. Czosnek. Chilli. Limonka. 

Chyba trafiliśmy na jakiś festyn. W oddali ustawiona scena. Wielki napis informujący ze jest rok 2543. Po lewej stronie placu rozstawione stoiska z jedzeniem. Ale nie tylko z jedzeniem. Po prawej na żwirku plastikowe stoliki. Z kilkadziesiąt. Wokół każdego z nich krzesełka. Gdzieniegdzie czarny, plastikowy worek na śmieci. I wszędzie mnóstwo ludzi. Kupują wybrane dania, niosą do stolika, jedzą, rozmawiają.

– To curry jest po prostu zajebiste! Próbowaliście już? Nie? To musicie spróbować! Pani się ucieszyła, jak mnie znowu zobaczyła – chwali się Radziu.
– Mmm … Ta zupa jest niesamowita! Może komuś? Mmm … – usiłuje mówić Kudłata z pełnymi ustami.
– Kto chce smażoną ośmiorniczkę? – zachęca Wronka machając stworzonkiem nadzianym na patyczek.
– A co to jest? Tajskie sushi?

Wokół dorosłych biegają małe dzieci. Dziewczynki ubrane są jak ich mamy. Mają kolorowe sukienki i chustki na głowach. Niektóre są umalowane Wyglądają jak małe laleczki.
– Salem alejkum – dobiega z mikrofonu.
Zaczyna się występ. Pierwsze na scenę wychodzą dzieci. Usiłują tańczyć i strasznie krzyczą.

Phuket. Lokalny festyn. Autor filmu: Kapitan.

Uciekamy ze szczęśliwymi brzuchami. Mamy dwudniowy deficyt snu. Dziś przytulimy Morefusza bardzo wcześnie. Być może już wtedy podświadomie przeczuwaliśmy co się będzie działo przez kolejne dwa tygodnie …


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *