Thai-Viet – dzień 1

Dubai. Miasto z metalu i szkła. Gdzieniegdzie palmy i oczka wodne. Wszędzie przepych. Luksus. I upał.

06:42. Pendolino relacji Gdynia Główna – Kraków Główny.

Za oknem jeszcze ciemno. Pociąg turla się powoli w kierunku Gdańska. 
– To ma być Pendolino? Czemu on tak wolno jedzie? Jestem w szoku! Myślałam, że wsiądę i to będzie takie wrażenie jak na karuzeli. Wsiadasz, startujesz i fru! – niecierpliwi się Jola.
– Trzeba było wziąć pierwszą klasę. Pierwsza klasa jedzie szybciej.
– Krzywizna torów nie pozwala mu jechać szybciej – wzdycha Wronka.
– Nie, to nie kwestia krzywizny. Istnieje wersja Pendolino z opcją wychylania. Tylko my kupiliśmy Pendolino bez opcji wychylania w cenie Pendolino z wychylaniem. Tak się robi interesy w Polsce! Kpina! – prycha Radziu.
Ekipa ziewa. Jola klika po ekranie smartfona. Nagle w głośnikach pociągu słychać pikanie. 
– Jola! Co robisz? – Kapitan rzuca z przekonywująco udawanym wyrzutem. 
– Jak to co? Przyspieszam!

21:32. Dubai. Lotnisko. Rękawem do terminala przylotów. Zjeżdżamy ruchomymi schodami kilka pięter w dół.
– Wow! Jak w starożytnej świątyni tylko … chromowanej! Robi wrażenie!
Ogromny budynek z kolumnami. Każda kolumna pokryta chromem. Na suficie lustra.
– Turists! Baggage! Passports! – obsługa sprawnie kieruje tłumem, który się wylał z samolotu.
Bagaże z Warszawy oczekiwać będą na stanowisku nr 14. Czekamy.
Męska obsługa odziana jest w jedynie słuszny kolor z czarną aureolą przytrzymującą nakrycie głowy. Elegancko.
– O! Monia, widziałam Twoją walizkę!
Ha! Jest szansa, że wkrótce zdejmę dżinsy 😀

23:00. Hotel. Nareszcie. Pobudka o 6-ej plus długa podróż zmęczyły nas. Jednak obłędny widok z 10-tego piętra zrekompensował to uczucie! Przynajmniej na chwilę.
Grupa dzieli się na żądnych nocnego zwiedzania i tych z wyładowanymi bateriami. Dzięki tym pierwszym mamy zdjęcia!

9:30. Po śniadaniu grupa leniwie zbiera się powoli do wyjścia.
10:00. Taxi pędzimy do centrum miasta. Jest blisko i liczymy, że jeszcze zdążymy na wjazd na Burcz Kalifa w promocyjnej cenie. Dlatego pakowanie bambetli przekładamy na późniejszą godzinę.
Rozglądamy się ciekawie przyciskając nosy do klimatyzowanej szyby. Miasto z metalu i szkła. Gdzieniegdzie palmy i oczka wodne. Wszędzie przepych. Luksus. I upał.

Na promocyjne bilety jednak nie zdążyliśmy, a normalne były absurdalnie drogie. Odpuściliśmy widok z góry na rzecz kawy i soku na słonecznym tarasie. Polskie ciała w lutym spragnione są witaminy D!
– Wiecie co? – rozmarzona Jola mruży oczy – od jutra przestaję suszyć włosy. Będę chodzić taka potargana, jak Wy.
– Jak to? Przecież Gosia cały poranek układała fryzurę! O 9-tej nawet raz jeszcze myła włosy, bo jej nie wyszła.
Radek skończył spotkanie z lokalnym szejkiem i odnalazł nas na tarasie.
– Piliście już Arabic Coffee?
– Nie, a jaka to?
– Z kardamonem. Musicie spróbować. Koniecznie!
Zamawiamy. Jednak nie wszyscy dołączają do grona jej wielbicieli.

Pora wracać do hotelu. Kończy się nasza doba hotelowa i trzeba opuścić pokój. Wychodząc z centrum handlowego przechodzimy koło ogromnego basenu. Czy tylko nas zaskoczył ustawiony przy nim punkt sprzedaży biletów na …. rejsy łódkami?

Hotel. Bagaże wrzucamy do przechowalni. Pora zobaczyć coś więcej niż ścisłe centrum. Mamy czas do wieczora. Do kolejnego samolotu. Szukamy kolejnych taxi. Są. Wsiadamy.
– Dokąd? – pyta nasz kierowca.
– Za tamtą taksówką.
Jak w filmie.
W pierwszej taksówce jedzie Radek z Gosia, nasi przewodnicy. 

Mijamy salon Maserati. Obok salon Lamborghini. Oba trzypiętrowe. Ulice w ogóle nie są przystosowane dla pieszych. Wszędzie barierki. Mnóstwo estakad. Co krok ogromne reklamy. W nocy oświetlone potężnymi reflektorami. Kolejna dzielnica szklanych budynków. I następna. W oddali jeszcze jedna. Między nimi plac budowy. A pod nami nic, tylko pustynia.

Dubaj Marina. Dzielnica wieżowców pociętych wodnymi kanałami. Masa łódek, jachtów i skuterów. Dookoła piętrzą kolejne drapacze chmur. Metal i szkło. Idziemy w stronę słynnej palmy.

Kudłata zatrzymuje się by sfilmować niesamowity kwiat rosnący ot tak po prostu przy ścieżce rowerowej. Przygląda jej się mężczyzna.
– Piękny, prawda?
– Wyjątkowo – potwierdza Kudłata naciskając spust migawki. Truchtem dogania grupę.
– Hej! Wy! Jesteście turystami? – woła za nią – Wjedźcie na 52 piętro, tam jest knajpa. Piękny widok. Naprawdę. Za free. Wiem, bo mieszkam tu niedaleko.
Kierujemy się do wejścia. Dziś jest piątek. Święto. Wszystko pozamykane. Knajpę otwierają dopiero po 16. Nic to. Zjemy tam kolację wieczorem.

Wracamy do centrum. Na targ złota. Jeśli spodziewacie się budynku, który zwykle kojarzycie z halą targową, to będziecie zaskoczeni. Ten targ złota wyglada jak łuk tryumfalny. Tylko jakby wyższy i szczuplejszy. Na ostatnim pietrze – łączącym dwie wieże – podłoga jest ze szkła. Podobno.

Wróć! Narrator dał się wkręcić 😉 Targ złota jest na tradycyjnym suku. Zaraz obok targu przypraw.

– Widzieliście te niesamowite łodzie? Te stare, kolorowe kutry? Stały przy nabrzeżu załadowane kartonami, materacami, rowerami, krzesłami. Po prostu wszystkim! – Kudłata jest zachwycona i ciągnie grupę za sobą w kierunku nabrzeża. Każdy kadłub jest w innym kolorze. I to wielokrotnie. Dowód na to, że właściciele zmieniali kolor farby przy każdym malowaniu łodzi, widoczny jest na burtach w postaci poprzednich warstw.
Przechodzimy na drugą stronę ulicy chcąc obejrzeć je z bliska. Pstryk! Pstryk! Migawka Wronki pracowicie strzela.
Mijamy grupę ludzi stojących niedaleko portu.
– Jakie piękne dzieci – piszczy Jola wskazując grupę kolorowo odzianych maluchów – jak ja bym chciała mieć z nimi zdjęcie.
– No to zapytaj, czy możesz.
– Eee, tak głupio.
– Dajesz!
Jola na migi tłumaczy (chyba) rodzicom swoje oczekiwania. Zgadzają się z nieśmiałym uśmiechem. Złotym uśmiechem.
– Dziewczyny, wszystkie z nią stańcie!
Do pierwszej kobiety dołączają kolejne. Wszystkie! Chwilę później chłopaki robią zdjęcie nam z czarnoskórymi mieszkankami Dubaju. A towarzyszący panowie robią zdjęcia im z nami. Ale jaja!

– Zobaczcie jak pięknie jest po drugiej stronie!
Niemal natychmiast ładujemy się do dżonki zasilanej dwoma silniczkami i płyniemy zamienić tę stronę z drugą.

Budynki po drugiej stronie zachwyciły nas. Miękko wykończone mury w ciepłych kolorach beżu i brązu. Długo debatowaliśmy nad tym, czy to prawdziwe stare miasto, czy tylko  rekonstrukcja.

– A może tu zjemy? Wyglada pysznie! – proponuje Daga.
Siadamy. Zamawiamy. Na stole kolejno pojawiają się potrawy. Kiełbaski. Kiszone warzywa. Kebab. Baranina. Pieczone skrzydełka. Hummus. Chlebek pita. Sałatka z pietruszki. Świeży sok z ananasa, arbuza, pomarańczy. Kulinarny orgazm.
Na koniec Radek zamawia arabską herbatę. 
– Ale macie tradycyjną arabską herbatkę? – upewnia się.
Kelner potwierdza oddalając się.
Po chwili wraca niosąc uroczyście tacę z ośmioma filiżankami. Kudłata wyciąga kamerę. Włącza. Kręci. Tylko zaraz! Dlaczego poza miętą widać w nich … torebki z logo Liptona?

Wracamy do Dubai Marina. Mijane wieżowce mienią się złotem w zachodzącym słońcu. Wjeżdżamy na 52 piętro hotelu Mariott. Zamiast zachwytu rozczarowanie na 110%.
Widok piękny. Tylko te brudne szyby. I nieznośny zapach fajek. Uciekamy. Dobrze, że zjedliśmy „na mieście”.

Lobby na dole. 5 minut później.
– I tu jest lepiej. Tam było głośno i śmierdziało – towarzystwo zatopione w komórkach nie słyszy uwagi Krzysia. Bosman nie daje się łatwo zniechęcić:
– Może pogadamy?
– Napisz coś na grupie.

– Jak tam Wasze drinki?
– Piłam lepsze. Piłam gorsze. To i to wypiję.
– To był piękny dzień. Czuję się jakbym była tydzień na wakacjach. A to dopiero jeden dzień – wzdycha Daga.

PS. A jak to się stało, że zorganizowaliśmy wyprawę do Tajlandii i Wietnamu przez Dubaj? Ano postanowiliśmy podzielić niewygody podróży na pół. Sprytnie, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *