Rzymskie kudłate wakacje – dzień 6

Odpoczynek. Maki. Ostatnia wieczerza. Znaczy kolacja.

Dzień doberek w ten słoneczny poniedziałek! Dziś przepraszam stare sandałki.

Może Was rozśmieszy, jak opowiem co mi się dziwnego stało:
Nowe buty mają amortyzację w podeszwie. Tego feature’u z pewnością nie mają moje płaskie sandałki. Jednak mają również coś, co sprawiło, że mój drugi palec, w obu stopach, przypomina … parówkę.
Wszystko dlatego, że nowe buty przypominają trochę japonki. Mają taki przedziałek między 1, a 2 palcem. Z każdym krokiem ociera on przylegające do niego paluszki. Najwidoczniej drugi paluszek ocierał się mocniej i dlatego teraz ma ten zabawny kształt.
I tylko on tak wygląda.
5 normalnych paluszków i parówa.
Na szczęście nie boli. Raczej swędzi. I zabawnie wygląda.

Może to już starość? Koniec gwarancji na poszczególne elementy ciała?
Trochę lipa, bo głowa – a raczej myśli – nadal trzeźwe i wzrok dobry – a to oznacza, że mam tego świadomość. Ech …

Plan na dziś: odpoczynek!
Colli Albani i Parco Appia Antica.
Ładnie brzmi, prawda?
Na spokojnie. Na zielono. W parku. Sącząc wodę. Z lekturą. Albo patrząc, jak trawa rośnie…

Trasa obcykana. Jeden autobus plus metro. Jeszcze aparat, butelka, książka i jestem … gotowa! Po drodze jeszcze małe zakupy – a i tak mi uciekł autobus. Kupiłam morele i śliwki.
Uciekło mi metro. Mogłam podbiec. Ale po co? Za 3 minuty będzie kolejne. Efekt? Minus jedna morela na piknik.

Jestem tu dopiero tydzień, a już się asymiluję. Przed chwilą Włoszka mnie zapytała o drogę. Tylko nie zrozumiałam dokąd. A Włoch, czy jechał już autobus 33. Widocznie blond Włoszki istnieją nie tylko w legendach.

Lubię jeździć autobusem. Patrzeć na miasto i życie za oknem. Obserwować kaskaderów na skuterach. O! Policja z radarem!

Co robi Rzymianin w metrze? Stoi (jak jest tłok) albo siedzi (jak tłoku nie ma) i przegląda a) What’s up’a albo b) FB. 100% przypadków. Statystyka przeprowadzona na populacji w przedziale wiekowym 15-40 lat. Na oko. Moje oko.

Park Carrafello. Już mi się podoba. Ogromna powierzchnia. Wszędzie tylko zieleń. Jakiś facet kiwa się jak robot. Może się rozciąga. Kolejnych dwóch długowłosych bez koszulek idzie bez butów. Pełna swoboda.
Drabinki do crossfit’u.
Ojciec z synem puszczają latawiec.
Pod płotem kwitnie agawa.
Miłośnicy crossfit’u wyglądają jak Spartanie. W samych spodenkach. Ciemnowłosi. Nieziemsko przystojni. Idealnie zbudowani. Dookoła kwitną kwiaty. Ech! Idę dalej…
Widzę pole maków w oddali.
Ktoś śpi w cieniu pod drzewem. Ktoś gra na trąbce.
Słyszę świerszcza.
Wylądowała na mnie biedronka.
Hałasują ptaki.
Znaczy śpiewają.
Wolę świerszcza.
Ślady po końskich … nie kopytach 😉
Gigantyczne trzciny.
Jeszcze więcej pozostałości koni. Nie mogły tego robić na trawie?! Wszystko się zmarnowało w ten sposób przecież …
Miętus Maximus po lewej.
W oddali góry.
Facet na trąbce gra jakiś hymn.
Poletko uprawne. Kury. Jakaś ruina. Nie antyczna. Prawdziwa ruina. Podobno to kiedyś był zamek.
Leniwy strumyk. Tu wszystko jest leniwe. Taki klimat. I co zrobisz?

Dwójka rodziców i mały chłopiec zatrzymali się przy makach.
– Wooooooow! – powiedział chłopiec.
Uf. Jest nadzieja dla kolejnego pokolenia. Będą jeszcze wrażliwi na piękno natury.
Maki są super. Ale ten koleś z trąbka już mnie irytuje. Idę dalej…
Dla przypomnienia: jestem w Rzymie. To tylko park. Taki trochę większy jednak park w centrum miasta.
Słońce pali mnie w stopy. Gdy zachodzi za chmury jest kojące 24. Słyszę życie między kłosami. Nie słyszę już trębacza.

Leżeć na trawie w polu ozdobionym makami. Patrzeć na chmury przesuwające się bez pośpiechu. Tolerować lądujące na mnie robale. Jaka prosta przyjemność… Mmm…
A to co? To życie lokalne na mnie włazi.
A niech włazi. Byle nie gryzło za mocno.

Woops! Odpłynęłam… Co ja w nocy robię, że śpię w dzień jak niemowlę?
Wystarczy buszowania w zbożu.
Moje sekretne miejsce.
Jeśli mak to chwast, to od dziś inaczej patrzę na chwasty. Potrafią być piękne.
W ogóle poczucie piękna to ciekawa sprawa. Zachwycamy się tym, co inni uważają za piękne (dzieła sztuki, muzyka klasyczna, rasowe zwierzęta). Czyli poczucia piękna w określonym kierunku można się… nauczyć.

Te gigantyczne trzciny to… bambus!
Zając! Czarny!
Namierzyłam konia. Tego konia.
Wiejskie klimaty. Normalnie… wiocha!
Koniec parku. Pomyliłam nazwę. To Valle de Cafarella.
Pyk-pyk. Pyk-pyk.
Ktoś gra w tenisa.

Głodna jestem. Pora na ostatnią kolację. To powinno być coś wyjątkowego. Zatem… Zatybrze! Miejscówka ze swojskim makaronem. Kelnerka mnie poznała 🙂 Jak miło 🙂
Dziś nie ma szefa. Widocznie wpada tylko w weekendy. Dziś na stolik nie trzeba czekać.

Ostatnia kolacja. Antipasti. Salami. Prosciutto. Parmezan. Jakiś ser na ciepło. Wznoszę toast za udany pobyt.
Dziś nie było ani porządnego śniadania, ani obiadu. Za to kolacja wypas. Jak … niezdrowo! 🙂
Antipasti pożarte. Ragu carne w drodze … trzy rodzaje mięsa powoli duszonego w towarzystwie pomidorów, marchewki, selera i cebuli. Mmm…
Pęknę, jak to wszystko zjem!
Ale to będzie szczęśliwa eksplozja 🙂

Dziś stopy bolą mnie umiarkowanie. Wdzięczne są za popołudniową drzemkę. Jeszcze dojdą do tramwaju. Tak myślę. Albo… dotoczą się 😉
Uf! Makaron pokonany. Lekko mi szumi w głowie.
Nirvana.
To stan, w którym nie chcę myśleć, że to już koniec wakacji.
Na szczęście to dopiero początek lata w Europie.
A brak pośpiechu można przenieść na codzienność.
Pasta e vino. Polecam. 6 gwiazdek na 5 możliwych!

Ale numer! Kelnerka to Sylwia. Z Rzeszowa. Przyjechała tu 16 lat temu. I… została. Pojawił się mąż. I 2 dzieci. Bajka. A mnie początkowo wzięła za Szwedkę albo Norweżkę. Zaskoczona była, że jestem Polką. Haha!
Dostałam dwa buziaki na pożegnanie od właścicielki śpiewnego akcentu.
Fantastyczny dzień nawet jeśli bez antyków.

Są też w Rzymie i smutne obrazki. Okolica Bazyliki Świętego Piotra pod wieczór zamienia się w hotel pod chmurką. Po zamknięciu sklepów bezdomni adaptują wszystkie schody i wnęki. Rozkładają materace i koce. Młodzi i starzy. Czarni i biali. Kobiety i mężczyźni. Wolontariusze rozdają im paczki żywnościowe.

25 przystanków do domu. Może 20. Bo wieczorem nie wszystkie znajdują chętnych.
Dworzec. Jeszcze tylko autobus. Nie pochwaliłam się, że wczoraj niemal spowodowałam wypadek. Nie tak jak myślicie 😉 Autobus pędził wieczorem. Nacisnęłam guzik oznaczający przystanek na żądanie dopiero niemal na jego wysokości. Autobus zahamował z piskiem opon. Nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe.

Buszowanie w zbożu zostawiło ślady. Coś mnie pogryzło. Auć! Swędzi…
Podświadomie wracam do życia w pośpiechu. Zamiast siedzieć na przystanku i spokojnie patrzeć przed siebie zaklinam autobus. 786 albo 719. Niedobrze…
Przyjechał 774. Czary nie działają…
A jednak działają! Jedzie i 719!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *