Rzymskie kudłate wakacje – dzień 5

Leniwa niedziela.

Plan na dziś podjęło … słońce.
Prześwituje dziś za woalem gęstej, śmietanowej kotary.
Idealne warunki na focenie uliczek z uwagi na brak silnych kontrastów.
Haha! Czyli muszę wstać 😉
Nie ma lekko…

Poranna gimnastyka.
Brzuch wyściełany błonnikiem (jako zdrowy podkład na popołudniowy kawałek pizzy)… no to allora!
Wrzucam moje aseksualne eco-trampki i znikam!
Niedziela. Miasto śpi. Kierowcy autobusów też.

Niespodzianka. Deszczyk.
Ubierać się na biało jest nierozsądnie. A ja jestem bardzo nierozsądna.
Koniec akcji woda z nieba. Nawet śladu na chodniku nie ma. A szkoda, bo Rzym to brudne miasto. Wspominałam już o tym?

Wakacje. Chodzić bez pośpiechu. Pieścić wiatrem wolne stopy. Uczyć się włoskiego jeżdżąc autobusem. Fermata prenotata. Przystanek na żądanie.

Koleś próbując przejść obok mnie w tramwaju powiedział „Przepraszam”. Zdradziła mnie … Kropla Beskidu. Mogłam się domyślić, że blond nie jest tu popularny. Szczególnie u facetów.

Moje tenisówki nadal pozostają najwygodniejszymi butami na świecie. Jednak eco-trampki z powodu chwilowego monopolu wychodzą na prowadzenie 😉

Wysiąść dwa przystanki wcześniej i iść na piechotę. Niska cena za lody bazyliowe i cytrynowo-chilli.

Po jednej stronie ulicy stoi czerwone Ferrari. Furka czeka na potencjalnego właściciela. Jazda testowa. Po drugiej mieści się najsłynniejsza w mieście Zara. No to mam dylemat 😉
Na szczęście nie trzeba…  wybierać.

Chodząc ulicami wybieram takie, które skrywa cień. Ja w cieniu? Chyba… zwariowałam 😉

Jestem w raju. Bucianym raju.
Eleganckie balerinki w barwie głęboko morskiej.
Szalone różowo-błękitne tenisówki.
Biała klasyczna balerinka z pióropuszem w wersji leżącej.
Beżowe mokasyny z pędzlem. Prawdopodobnie zgrałyby się z nowym płaszczem.
Granatowe mokasyny oddychające w wersji jachtowej.
Zawrót głowy!
Rozsądnie kupiłam n i c. Ale wiem jak… wrócić 😉

Lekki lunch: jabłko i 2 banany.
Side-efekt zbyt wielu przymierzonych spodni, które się okazały za ciasne. Życie.

Wszyscy robią selfie, to ja też.
Może umówimy się pod fontanną Di Trevi kiedyś?

Biją dzwony. Pora na mszę po rzymsku.
Kameralnie. 10 osób + ksiądz.
Ołtarz bardzo stary, bo odwrócony. Komunia pod dwoma postaciami. Prawdziwe święto.
Dookoła szum głosów. Wydechów skuterów. A w środku kojący spokój.

Czy właśnie mnie minął … Maseratti?
I się nie … zatrzymał? 😉

Pora na kolację.
Eatalia. Eataly.
20-sta. Magiczna godzina po której ulice zmieniają się w otwarte jadalnie. Trwa zbiorowe wybieranie, przeżuwanie, przełykanie. Przejście ulicą przypomina slalom. Między naganiaczami. Chwila nieuwagi i można dać się nabrać 😉

Wracam. Jedzie tramwaj. Bardziej go czuję niż widzę. Tak mocno drży ulica …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *